Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Filmy.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Filmy.. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 22 sierpnia 2013

Komedia pomyłek dla niewymagających

Sławomir Kryński powraca w nowej odsłonie. Po "Listach miłosnych" czy serii z "kotkiem" w tytule, reżyser serwuje odbiorcom bulwarową farsę. Jedni będą płakać ze śmiechu, a drudzy ronić łzy rozpaczy.
O stanie szkoły polskich komedii romantycznych powstało wiele dowcipów. Sam reżyser próbuje uniknąć tego gatunku, uciekając w farsę. "Podejrzani zakochani" nie są klasyczną komedią romantyczną - reprezentują raczej gatunek, którego polscy twórcy unikają jak ognia. Serie pomyłek, które dzieją się w zabójczo szybkim tempie i z solidną dawką humoru, miały być gwarancją sukcesu.
"Podejrzani zakochani" to film, w którym scenariusz miał być mocnym punktem, dopracowanym w najmniejszym szczególe. Niestety fabuła może rozczarować swoją banalnością. Nieśmiały producent filmowy Albert (Bartek Kasprzykowski) szuka w Sieci swojej drugiej połówki. Tak trafia na spragnioną miłości, samotną panią adwokat - Barbarę (Sonia Bohosiewicz). Przez chwilę możemy poczuć się jak w książce "S@motność w sieci". Ona i on - na portalu randkowym podsyłają sobie zdjęcia (notabene nie swoje), aż po jakimś czasie postanawiają się spotkać. Jak w każdej farsie, bohaterowie popełniają rozliczne błędy. Umawiają się, ale.... na randkę posyłają atrakcyjnych zastępców, których zdjęcia wysłali sobie nawzajem. W tej roli sprawdza się Weronika Książkiewicz, odtwórczyni roli Ludmiły, stypendystki zza wschodniej granicy, oraz Rafał Królikowski, który gra Alexa, niedoszłego aktora. Tak oto zaczyna się misterna intryga okraszona niewybrednymi żartami z wątkiem kryminalnym w tle.

Diamenty, mafia, rosyjscy agenci i oczywiście... zakochani. Lekko, łatwo i przyjemnie - każdy znajdzie coś dla siebie. Podejrzanie cukierkowo? Pomimo tego, że scenariusz miał być śmieszny, wymagający widz nie będzie płakał ze śmiechu. Zwroty akcji i gagi są sztuczne jak dialogi statystów z "Dlaczego ja". Poza tym przeciętny, trzeźwo myślący widz domyśli się, że posłanie na randkę swoich atrakcyjnych zastępców wykluczy możliwość dalszego romansowania. Jak mówi stare przysłowie: "Im dalej w las, tym więcej drzew", a kolejne wątki są równie naciągane. Przypadkowe podobieństwa i niewiarygodne zbiegi okoliczności powodują, że historia zakochanych staje się podejrzanie nierealna.
Humor - kluczowy aspekt każdej komedii - również nie przyprawi nas o wybuch niekontrolowanego śmiechu. Chińczyk z czapką-pilotką na głowie ledwo mówiący łamaną polszczyzną dawno przestał śmieszyć. W dodatku stare jak świat stwierdzenie padające z ust tegoż bohatera: Kto jest taki głupi, żeby pukać, jak ma klucz? - równie dawno przestało powodować łzy śmiechu. Może dlatego, że pada w co drugiej komedii? Ponadto reżyser próbuje nam wmówić, że słowo "cytryna" brzmi po francusku tak samo jak Citroen. Nic tylko płakać, ale czy ze śmiechu? To kwestia problematyczna. Przez godzinę i czterdzieści minut na ekranie zobaczymy wiele młodych, nieznanych przeciętnemu widzowi twarzy. Jest to zaleta filmu, bo "młodzi" dodają świeżości polskiej kinematografii. W tle dostrzeżemy znanych polskich aktorów, takich jak Katarzyna Figura czy Krzysztof Kiersznowski, znanych z klasyków typu "Kiler" . Niestety ich gra polega na bieganiu z pokoju do pokoju i żartach o wątpliwym poziomie.
Czy z polskimi komediami jest aż tak źle? Spodobają się one niewymagającym widzom, którym kino ma dostarczać tylko i wyłącznie rozrywkę (niekoniecznie wysokich lotów). Ci, którzy oczekują czegoś więcej, powinni zmienić repertuar. Jeśli jednak nie wymagamy wiele od naszego rodzimego kina, "Podejrzani zakochani" nie rozczarują.
Za możliwość obejrzenia dziękuję:
Recenzja  pochodzi z portalu hatak.pl  na którym miałam przyjemność opublikować tekst.

wtorek, 23 lipca 2013

Magia starych filmów.

W sumie mogłabym napisać baaardzo starych filmów, starszych od mojej babci. Mianowicie chciałabym zrecenzować film pt. Duck Soup czyli Kacza Zupa. Film znowu z polecenia przyjaciela, znowu się nie zawiodłam, aczkolwiek po jego obejrzeniu zaczęłam wątpić w poziom swojej inteligencji. 
Film, jest krótki, zawiera się zaledwie w 70 minutach. Ostatnio, jak widać po moim blogu mam trochę mało czasu, na recenzowanie wszystkiego co qlturalne. Kacza Zupa to komedia satyryczna, w której wystąpiła grupa aktorów o pseudonimie bracia Marx. Pewnie nie znacie tej grupy. Magia kina przedwojennego, bowiem film pochodzi z 1933:) Jak głosi wikipedia.org film znajduje się na 85 miejscu w rankingu filmów AFI. Owy ranking opiera się na głosach 1500 aktorów i znawców kina. Została opublikowana w 1998r. z okazji stulecia kinematografii. Wracając do naszej zupy... Czterech bohaterów, o dziwnych imionach, zabiera nas do jeszcze dziwniejszego państwa o nazwie Freedonia, która boryka się z dzisiejszymi problemami, takimi jak kryzys gospodarczy i społeczny. Państwo może uratować zastrzyk gotówki od starszej pani Teasdale, której spadek po mężu, przekracza wielokrotnie budżet zadłużonego państwa. Staromodna kobieta, oczarowana wdziękiem Rufusa, jednego z mieszkańców Freedoni, udzieli pożyczki pod warunkiem że ten zostanie prezydentem. Niestety jak to z władzą bywa, często dochodzą do niej idioci. W myśl zasady Kto błądzi ten rządzi, Rufus nadużywa władzy, szasta pieniędzmi i wypowiada wojnę sąsiedniemu państwu Sylvani (hm.... skąd my to znamy, czyżby rządy PiS-u, ach wybaczcie mi polityczne smaczki). Ni mniej ni więcej film wyśmiewa dyktaturę i to w jaki sposób dochodzi się do władzy oraz to co robi się z władzą nieograniczoną. Absurd, ironia i groteska sprawia że film ogląda się naprawdę przyjemnie. Poza tym komizm sytuacyjny i słowny jest niepowtarzalny. Nie spotkamy go w dzisiejszym polskim czy amerykańskim filmie. Kolejna sentymentalna podróż do przeszłości. Niestety, mam mały problem z filmami klasycznymi. Chyba przesiąkłam już dziewiętnastoletnim życiem w popkulturze, dlatego na niektórych sytuacjach musiałam się skupić aby je zrozumieć (jak dobrze że film można przewinąć). Niestety zauważyłam kilka mankamentów ekranizacji. Część scen, szczególnie tych z udziałem mima Harpo, tworzona jest w myśl zasady: rób wszystko co jest bezsensowne. Niby sentymentalne, takie trochę w stylu Chapilna, ale z drugiej strony nieco toporne i banalne. A jeśli już o Chaplinie mowa, film ośmiesza dyktatury, tak samo jak bardziej znana ekranizacja pt. Dyktator, tyle że recenzowana przeze mnie pozycja, powstała siedem lat wcześniej. 
Film świetny, zważywszy na realia i możliwości techniczne, w jakim powstał. Obawiałam się, że klasyk mnie zawiedzie. Nie zawiódł, a co więcej, kiedyś do niego wrócę.
Mam trochę zaległości w czytaniu, ponieważ szukam straconego czasu. I jestem dopiero w drugim tomie, ach ten Proust.
Scenariusz: Bert Kalmar, Harry Ruby
Reżyseria:Leo McCarey 
Rodzaj: komedia, satyra, muzyczny
Premiera: 17.11.1933
Ocena: 4/6

wtorek, 2 lipca 2013

''Trwa wielka sztuka, a ty możesz dopisać swój wers.''- czyli gdzie się podziali nauczyciele z dawnych lat?

Stowarzyszenie umarłych poetów - Nancy H. Kleinbaum   Po Noblistach, czas na dzieła Oscarowe. Dla ścisłości, po jakimś miesiącu czytania  znalazłam w bibliotece książkę autorstwa pani Nancy Kleinbaum. Jej książka Stowarzyszenie Umarłych Poetów, powstała w dziwnych okolicznościach. Jak dla mnie, bowiem najpierw powstał film, a później na podstawie scenariusza, książka. Mniejsza o to, fabuła jest taka sama więc zabieram się do recenzji. 
    Reżysera Petera  Weira, nie znałam wcześniej. No cóż, muszę oglądnąć Niepokonanych. Tymczasem o Stowarzyszeniu... W kilku słowach, akcja rozgrywa się w szkole. I to nie byle jakiej, bo w elitarnej Akademii Welton'a. Jej czterema naczelnymi zasadami są: tradycja, honor, dyscyplina, doskonałość. I tak przez sto lat, od 1859. W 1959 r. czterej przyjaciele: Neil Perry, Knox Overstreet, Gerard Pitty oraz Charlie Dalton rozpoczynają kolejny rok szkolny, mający przygotować ich do podjęcia studiów. Niby nic szczególnego. Skostniałą i anachroniczną szkołę ożywia niekonwencjonalny nauczyciel języka angielskiego, John Keating, który również ukończył elitarną akademię Welton'a. Od pierwszej lekcji profesor zaskakuje widza ekscentrycznym podejściem do swojej pracy, o czym świadczy choćby zwrot z wiersza o Abrahamie Lincolnie, O kapitanie mój kapitanie. Owym zwrotem uczniowie, jeśli oczywiście chcą mogą się zwracać do profesora. Co na celu ma taki zabieg? Keating pragnie by jego uczniowie stali się wolnomyślicielami i zrozumieli kwintesencję poezji, dlatego w programie nauczania ekscentryczny nauczyciel pominął choćby pozytywistów czy realistów (chciałabym tak). Nadto pragnie wpoić uczniom zasadę carpe diem. Siedemnastolatkowie, będący pod wpływem charyzmy Keating'a, odnawiają tytułowe Stowarzyszenie Umarłych Poetów.  Dlaczego odnawiają, a nie zakładają? Jeden z czwórki przyjaciół, bodajże Neil Perry, wypożyczył z szkolnej biblioteki kronikę pamiątkową, w której był krótki życiorys Keating'a. Z niego dowiadują się, że ich nauczyciel nie był wzorowym uczniem, sprawiał problemy wychowawcze, a jednym z nich była działalność w nielegalnym, tytułowym Stowarzyszeniu. Tak zaczyna się, zarówno film jak i powieść. Jak się zakończy ? Zapraszam do lektury lub przed ekrany.
Stowarzyszenie umarłych poetów - Nancy H. Kleinbaum
   Naprawdę warto. Dlaczego? Kleinbaum i Weir stawiają nam pytanie, co się stało z nauczycielami z powołaniem i pasją. Historia Stowarzyszenia... wywołuje w nas tęsknotę za autorytetami oraz indywidualizmem, który zatraca się w szarej rzeczywistości. Każdy z nas potrzebuje kogoś kto pozwala nam wykrzesać z siebie choć odrobinę indywidualizmu czy kreatywności.  Zapewne takim kimś był John Keating. Nauczyciel, o którym wielu z nas mogłoby tylko pomarzyć. Choć z drugiej strony, czy oczekujemy od szkoły by wpajała nam ideały, czy uczyła nas do mniej lub bardziej głupich egzaminów?
Stowarzyszenie umarłych poetów - Nancy H. Kleinbaum
   Haha, znalazłam sobie temat wprost idealny na wakacje. Ja i moja umiejętność dobierania tematów. Jednakże byłam pod tak ogromnym wrażeniem książki, że jeszcze tego samego dnia oglądałam film. Jednym tchem przeczytałam 120 stron, gdy zadzwoniła moja znajoma. Z bólem serca odłożyłam powieść, a raczej wpakowałam ją do torebki. Gdy wracałam do domu, miejscowy żul, dwie panie, które miały więcej tapety na twarzy niż ja na ścianie, oraz zmęczona życiem pani z dzieckiem, patrzyli na mnie jak na wariatkę, bo gdy kończyłam czytać miałam łzy w oczach, a płakanie w autobusie nad książką, jest co najmniej dziwne, dla przeciętnego zjadacza chleba. Mniejsza o to. W powieści Marqueza, narzekałam na niedostatek dialogów. Pani Kleinbaum zaserwowała mi ich aż nadto. Książka może nie jest dziełem literackim, ale chwyta za serce. Ekranizacja, na której bazie powstała, jest niezmiernie wciągająca. Po mimo tego że oglądałam ją o drugiej w nocy nie zasnęłam, a spokój jaki niesie ze sobą noc i własne łóżko, pozwoliły mi wyć do woli. Wiem, że za to co napisze mogę narazić się na krytykę książko-holików, ale film podobał mi się dużo bardziej.;)
Stowarzyszenie Umarłych Poetów   
 Książka
Autor: Nancy H.Kleinbaum                          
Wydawnictwo: Rebis, Poznań 2000            
Liczba stron: 154                                          
Ocena: 4/6                                                
Film:
Scenariusz:Tom Schulman
Reżyseria:Peter Weir
Rodzaj: dramat
Premiera:02.06.1989( świat) 07.10.1990(Polska)
Ocena :5/6

środa, 26 czerwca 2013

Belle époque... czyli zakochani w przeszłości

   Miałam skrobnąć coś wczoraj, ale niestety moje lenistwo zwyciężyło. Dlatego piszę, dzisiaj, nazbierało mi się trochę zaległości i w sumie nawet nie wiedziałam od czego mam zacząć. Dawno nie recenzowałam  filmu, dlatego Książę Mgły, będzie musiał poczekać, bo dzisiaj słów kilka napiszę o Woodym Allenie.
   Kilka dni temu po raz kolejny obejrzałam O północy w Paryżu. Wstyd się przyznać, ale nie oglądałam innych filmów Allena, teraz wiem że czas to nadrobić. Kim on jest ? Chyba wszyscy czytelnicy mniej więcej wiedzą. Wybitny  reżyser, wiekowy, ale jak na swoje siedemdziesiąt osiem lat świetnie się trzyma. oprócz reżyserowania, zajmuje się jazzem,w 2008 r.odwiedził nasz kraj wraz ze swoim zespołem Woody Allen and his New Orleans Jazz Band. Wizytówkami Allena są : Vicky Christina Barcelona, Zakochani w Rzymie czy oscarowe Annie Hall, Hannah i jej siostry i oczywiście O północy w Paryżu.
Plik:Owen wilson.JPG
  Nie dajcie się zwieść opisowy filmu, który zaczyna się słowami: komedia romantyczna. Może początek rzeczywiście jest nieco cukierkowy. Młody pisarz Gil (Owen Wilson) i jego narzeczona  Inez (Rachel McAdams) podróżują do Paryża, wraz z obrzydliwie bogatymi rodzicami przyszłej panny. W trakcie wyjazdu okazuje się że para średnio się dogaduje. Sprawę komplikują rodzice oraz pseudo-inteligentni znajomi Inez. Nieco roztargniony, artysta Gil nie może się odnaleźć w całej sytuacji, czemu się nie dziwię.
   W tej beznadziejnej  sytuacji pojawia się światełko w tunelu. A raczej stare auto, z epoki Hemingwaya i Dallego. Wszystko  dzieje się o północy, oczywiście w Paryżu. Gil, niczym surrealista przenosi się w czasie gdzie poznaje Hemingwaya, Picassa, Gertrude Stein i Salwadora Dali ( we wspaniałej roli Adriena Brody)
   Tak jak napisałam na początku, film oglądałam już dawno. Później nie sięgnęłam po Allena, ale za to zainteresowałam się dwudziestoleciem międzywojennym i tytułową belle époque. Przesłanie filmu jest proste. zdarza nam się tęsknić za czasami, które minęły. Któż z nas nie chciałbym na żywo posłuchać Edith Piaf (przemilczę to że później śpiewała dla nazistów) czy wybrać się na spotkanie gdzie Hemingway we  własnej osobie opowiada o swojej najnowszej powieści. Czasy manifestów futurystycznych, surrealizmu i radości z zakończonej wojny. Tak właśnie myślał Gil, a gdy jego marzenia się spełniły, przekonał się że można iść jeszcze dalej. Któż z nas nie chciałby być świadkiem wydania Manifestu Komunistycznego, spotkać Ibsena czy czytać Jądro Ciemności miesiąc po opublikowaniu. Tęskniąc za tym co minęło możemy przegapić to co jest. 
 Ni mniej ni więcej, znowu tworzę cukierkową recenzję, którą podsumuję jednym słowem: Warto
Tytuł: O północy w Paryżu
Rodzaj: Komedia romantyczna, fantastyka
Premiera: 28.08.2011, w Polsce 11.05.2011
Reżyseria i scenariusz: Woody Allen
Ocena: 5/6

sobota, 15 czerwca 2013

Kac, nie tylko w Vegas.

  Każdy z nas zna to uczucie. Alkohol, dobra zabawa i... poranek. Gdzie byłem,co robiłem i gdzie podziała się butelka z wodą? W wersji light zastanawiamy się dlaczego wokół nas jest taki bałagan i co stało się z ostatnią flaszka wina lub wódki (kwestia gustu). W wersji hard, w pokoju obok znajdujemy tygrysa. O czym mowa ? Kac Vegas i wszystko jasne. 
  Czterech przyjaciół chce spędzić wieczór kawalerski. Dlatego jadą do Las Vegas, miasta które nie śpi. Po szaleństwach ostatniej kawalerskiej nocy trzech przyjaciół Phil, Stu i Alan budzą się z ogromnym, niemiłosiernym kacem... Co więcej- pan Młody Doug gdzieś znika. Ślub coraz bliżej, a pana młodego brak. To nie wszystko Stu, czyli średnio-ogarnięty dentysta poślubił striptizerkę, a Phil na jedną noc stał się gejem. W tle dominuje zdemolowany pokój, płacz dziecka, tygrys w pokoju obok, no a wszyscy czterej są ścigani przez Chińczyka- lichwiarza. Pamiętajcie, wszystko zostaje w Vegas :)
    Mogłoby się wydawać, że już więcej nic nie może się zdarzyć. Po sukcesie kasowym pierwszej części, Todd Phillips nie mógłby zmarnować takiej szansy. Druga część przenosi nas do... Bangkoku. Wszystko co zostało w Vegas zostało przeniesione na drugi kraniec świata. Oczywiście zmieniło się kilka, a nawet kilkanaście rzeczy. Średnio ogarnięty dentysta Stu, zaczął się ogarniać. Rozwiódł się ze striptizerką i żeni się z piękną Tajką Lauren. takie wydarzenie trzeba uczcić suto zakrapianym wieczorem kawalerskim. Nasi starzy bohaterowie sami nie wiedzą czego oczekiwać od ostatniej kawalerskiej nocy. Stu nie chce szaleństw, Phil najchętniej wynająłby cały dom publiczny na ten jedyny i niepowtarzalny wieczór, a Alan- jest Alanem. W końcu przyjaciele poprzestają na piwie. Jak się to skończy? Ciąg dalszych zdarzeń bardzo łatwo przewidzieć...
    Jak w brazylijskiej telenoweli. Myślisz, że to już koniec, ale fabuła ciągnie się dalej. Reżyser jednak nas zaskakuje . Nie ma wesela, ani wieczoru kawalerskiego. Alan zapada w depresję i trzech dobrych przyjaciół próbuje mu pomóc. Niestety dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane mawiał klasyk. W tym wypadku ta teoria się sprawdza. Sprawy toczą się zupełnie innym torem niż było to przewidziane. Trzech przyjaciół szuka zagadkowego Chińczyka,  biseksualistę lubiącego kokainę , o imieniu Chow gdy misja im się  nie powiedzie czwarty przyjaciel Doug zginie.
  Można mówić, że to  kretyńska komedia, której dalsze części są tworzone tylko i wyłącznie ze względów marketingowych. Może jest w tym trochę racji. Jednakże, sama wychodzę z założenia, że nie można tylko oglądać filmów i czytać książek, które są górnolotne i bardzo inteligentne. Czasem mamy ochotę obejrzeć coś głupiego. Pośmiać się i odstresować przy piwie wraz ze znajomymi. Dlatego powstał Kac Vegas. Sam reżyser miał doświadczenie w tworzeniu komedii przy których zapominasz że masz mózg. "Ostra jazda" czy "Old School: Niezaliczona"  to tylko niektóre z nich. Co charakterystyczne dla takich produkcji. Pierwsza część jest niezapomniana. Przy reszcie się śmiejesz ale pozostaje drobny niedosyt. Ni mniej ni więcej Kac Vegas to rozweselający drink, który pozwala zapomnieć o problemach. Współczesne katharsis ? 
Nasi bohaterowie
Ed Helms, Zach Galifianakis, Bradely Cooper i Todd Philips 









*Alan Garner (Zach Galifanakis)
*Stu Price (Ed Helms)
*Doug Billings (Justin Bartha)
* Phil Wenneck (Bradley Cooper)




środa, 12 czerwca 2013

Polemika z życiem... czyli Życie Pi.




   Najpierw staram się przeczytać książkę, potem dopiero obejrzeć film. Niestety w tym przypadku było inaczej. Nie mogłam liczyć na moją bibliotekę, ani wiejską, ani miejską. W księgarniach i empikach też nie mogłam się na nią natknąć, więc obejrzałam film. Długo odkładałam decyzję o jego obejrzeniu, ale myślę sobie, w końcu się za niego zabiorę. Ciekawość wygrała
   O czym mowa? Jak sam tytuł wskazuje "Życie Pi". To ekranizacja powieści Yann Martel ( tak wiem, że kiedyś ją przeczytam). Opowiada o chłopcu, szesnastoletnim Pi Partel'u, który jako dorosły mężczyzna opowiada dziennikarzowi swoją historię . Już na początku dowiadujemy się skąd wzięło się jego zagadkowe imię. Dalej reżyser ( Ang Lee) wprowadza nas w telogiczno-filozoficzną dyskusję o Bogu. W sumie o bogach, bo czy można być wyznawcą trzech religii na raz, a mianowicie hinduizmu, islamu i chrześcijaństwa. Z kolejnymi minutami filmu śledzimy życie Pi. Życie obok zwierząt w zoo rodziców, łódź i tresowanie tygrysa. To wszystko przez dwie godziny filmu. Warto je poświęcić ?
   Od czasu do czasu lubię oglądać filmy przygodowe. Ang Lee funduje nam coś na kształt współczesnego Robinsona Crusoe, z lekkim zabarwieniem filozoficznym. Bohater wszędzie widzi Boga. W przyrodzie, zwierzętach czy drugim człowieku. Dla chrześcijan zupełna abstrakcja, dla hinduistów codzienność. Oczywiście oglądając ''Życie Pi'' z jednej strony  miałam ochotę płakać ze śmiechu, a z drugiej rzeczywiście się wzruszałam. Tresowanie tygrysa, połączone z walką o przetrwanie. Trochę śmiechu trochę łez. Zatem do jakiej kategorii można go zaliczyć? Czasem przybiera on formę powiastki filozoficznej, ale w wielu momentach jest to film przygodowy. Czyli przygoda z przesłaniem? 
   Nie mniej ni więcej, warto obejrzeć. A wcześniej przeczytać książkę, nie polecam odwracać kolejności ;)

A teraz trochę spraw związanych z blogiem. Najpierw chciałabym podziękować za wszystkie komentarze i wejścia. Dopiero zaczynam przygodę z blogowaniem, dlatego każda uwaga jest dla mnie cenna, jednocześnie proszę o wyrozumiałość dla wszystkich moich błędów i niedociągnięć.
Poza tym biorę udział w konkursie http://skrytkaslow.blogspot.com/2013/06/nowe-wyzwanie-czytelnicze-czytam.html , dlatego następny wpis będzie właśnie w tym klimacie. Doczytam tylko książkę którą wczoraj zaczęłam, siadam z laptopem i piszę recenzję ;)