Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 5.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 5.. Pokaż wszystkie posty

środa, 25 września 2013

Życie i rola kobiet.

 ,,Gołębiarki'' to książka polecana niemal przez wszystkich, od Jodi Picoult i Toni Morrison, po czytelników, którzy rekomendują ją, na formach poświęconych literaturze. Czy warto sięgnąć po książkę, która urzekła tak wielu ?
   
Już sama postać autorki, nie pozwala przejść obok książki obojętnie. Alice Hoffman to jedna z najbardziej poczytnych pisarek Nowego Kontynentu. Napisała ponad dwadzieścia powieści, dwa zbiory opowiadań oraz kilka książek o tematyce młodzieżowej. Sukcesywnie dostarcza pracy tłumaczom na całym świecie, gdyż jej książki znajdziemy w dwudziestu krajach. Co więcej, jej powieść,,Totalna Magia'' została zekranizowana, a w rolę głównych bohaterek wcieliły się Sandra Bullock i Nicole Kidman. Jeszcze większą sławę przyniosła autorce ostatnia powieść...
            Od wieków życie kobiet nie było usłane różami. To mężczyźni tworzyli historię, podczas gdy kobiety pozostawały w ich cieniu. Strzegły domowego ogniska, opiekowały się dziećmi, ale w różnych kręgach kulturowych były uznawane za osoby drugiej kategorii. Spętane przez niedorzeczne zakazy płynące z religii i obyczajów, pozostawały same ze swoimi problemami, słabe uzależnione od ojców, mężów, braci. Bohaterki ,,Gołębiarek'' zupełnie nie pasowały do stereotypowego opisu żydowskiej niewiasty, żyjącej u progu pierwszego tysiąclecia.
            Akcja powieści dzieje się w czasie i miejscu niezwykle odległym od współczesności. Pierwszy wiek, naszej ery rok 71. Rzymianie od roku prowadzą oblężenie twierdzy Maasad, w której schroniła się grupa Żydów. Po niemal trzech latach beznadziejnej walki i rosnącej siły Rzymian, ben Jari wysunął propozycję zbiorowego samobójstwa.             Tak zginęło 900 osób; mężczyzn, kobiet i dzieci. Jednakże, przez trzy lata w Maasadzie toczyło się życie. Jak ono wyglądało ?  O tym opowiadają  kobiety- tytułowe ,,Gołębiarki''.
             Cztery niezwykłe kobiety, których losy splotły się w jedną, wzruszającą i przejmującą historię. Jeal, rudowłosa piękność. Wychowana przez ojca, który obwiniał ją za śmierć matki. Nieszczęśliwie zakochana, nie pasująca do żydowskiej społeczności, naznaczona piętnem morderczyni własnej matki. Riwka, której życie przekreślili rzymscy żołnierze. Z ich rąk zginął mąż bohaterki, a jej córka została brutalnie zgwałcona i zabita. Równie okrutnie skrzywdzona została trzecia bohaterka- Aziza. Wychowywana przez matkę na mężczyznę, aby pozbyć się piętna zgwałconej dziewczynki. Szira- dzisiaj nazwalibyśmy ją intelektualistką, w tamtych czasach nazywana czarownicą. Zna się na medycynie  i ziołolecznictwie. Co więcej, w twierdzy poznaje swojego dawno ukochanego. Pomimo,  że ma męża i dzieci,  jej uczucie do mężczyzny nie wygasło.
             Życie każdej z kobiet jest związane z gołębnikiem. To właśnie gołębie stanowiły jedyną drogę komunikacji Maasadu z resztą świata. Ich losy i życie, toczy się na tle krwawej historii Żydów, często pomijanej lub bagatelizowanej. Bohaterki, kobiety z krwi i kości, mogą być wzorem dla niejednej zagubionej współczesnej dziewczyny, matki, kobiety.
            Powieść Hoffman czyta się jednym tchem. Świetnie skonstruowana powieść historyczna z rozbudowaną fabułą społeczno-obyczajową , daje przekrój społeczeństwa żydowskiego. Oszczędne słowa, ale wzbogacone o niezwykłą symbolikę, tworzą barwny, plastyczny obraz tak bardzo odległej rzeczywistości.
   Kobiecy punkt widzenia na tragiczną sytuację sprzed ponad dwóch tysięcy lat powodują wzruszenia. Piękne opisy życia i przemyśleń kobiet, a także opisy żydowskich rytuałów przesądów, powodują że o książce nie da się zapomnieć. Obrazy stworzone przez autorkę pozostają przed oczyma czytelnika na długi czas. Autorka w najprostszych słowach najpiękniej mówi o rzeczach najważniejszych. To chyba główna zaleta książki. Nadto piękne wydanie, stosunkowo duże litery, powodują że lektura to uczta dla ducha. Polecam każdemu,  warto tej  powieści  poświęcić czas.
Za możliwość przeczytania egzemplarza recenzenckiego serdecznie dziękuję:





sobota, 21 września 2013

Dokąd zmierza ludzkość? Czyli filozoficzne rozważania z Ianem Douglasem

  Patrzącw niebo, widzimy miliony gwiazd. Wielu, z nas nasuwa się pytanie: Czy na którejś z nich istnieje życie? Ian Douglas rozwiewa te wątpliwości , w serii ,,Star Carrier’’. Pierwszy tom pt. ,,Pierwsze uderzenie’’ to preludium, do tego co wydarzy się w drugim tomie pt. ,,Środek ciężkości’’… Autor jeszcze raz udawania, że w wąskim gatunku, o tajemniczej nazwie military science fiction, nie ma sobie równych.

Star Carrier: Środek ciężkości - Ian Douglas
                    Tak właściwie, to, czym jest owy podgatunek fantastyki naukowej? Większość czytelników, widzi popularne scf, jako bezmyślną walkę kosmitów. Nic bardziej mylnego! Wykorzystanie obecnego stanu wiedzy naukowej oraz dodanie do niego zaawansowanych, futurystycznych przemyśleń, na temat tego, jakim torem potoczy się współczesny świat, to nie lada wyzwanie. Takie pisarstwo wymaga od autora nie tylko wyobraźni, ale i gruntownego wykształcenia .Autor wprost idealnie spełnia te warunki.
                    Ian Duglas, a właściwie William H. Keith, pisarz, o niezwykłym dorobku literackim. Napisał ponad sto książek, z których większość została umieszczona na liście bestsellerów : ,, New York Time'sa''. Niestety, w Polsce zostały wydane zaledwie dwie książki z serii ,, Star Carrier''. Keith żongluje gatunkami literackimi. Pisze technothrillery polityczne (cokolwiek to jest), powieści historyczne, kryminały, a także... military science fiction. Tematy związane z nauką jak również z militariami i wojskowością, nie są obce pisarzowi. Weteran wojny w Wietnamie, były członek Korpusu Medycznego Stanów Zjednoczonych, wykładowca na Uniwersytecie w Pensylwanii i... można tak wymieniać. Autor, dzięki wszechstronnemu wykształceniu, wie, o czym pisze. Potężna dawka rozrywki i równie ogromna doza wiedzy. ,,Star Carrier’’ to niemalże z naukową precyzją stworzona wizja świata w XXV w
                Pierwszy tom, kończy się spektakularnym zwycięstwem Ziemian nad Turuschami. Admirał Koening, zostaje okrzyknięty bohaterem, awansuje, a Konfederacja Teksańska oferuje mu tytuł prezydenta. Każdy byłby zadowolony, z takiego obrotu spraw, ale nie główny bohater. Oddany żołnierz, niemalże wychowany w kosmicznym dronie, nie chce rozstawać się z służbą wojskową. Co więcej pragnie przesunąć tytułowy środek ciężkości daleko poza granice wroga. Jak łatwo się domyślić senatorzy Konfederacji są całkowicie przeciwni takiemu rozwiązaniu. Nastawieni pokojowo politycy chcą rozpocząć pertraktacje pokojowe z Imperium Sh’daar, z którym toczyli zacięte boje, niespełna dwa miesiące wcześniej. Zbuntowany admirał postanawia działać na własną rękę. Jak potoczy się dalsza akcja? Wystarczy sięgnąć po Środek Ciężkości.
Seria jest powiązana ze sobą, aby odnaleźć się w pierwszym tomie, niezbędne jest przeczytanie pierwszej części, czyli Pierwszego Uderzenia. Nie znajdziemy w nim wątków obyczajowych, ani portretów psychologicznych bohaterów. To klasyka gatunku w najczystszej postaci. Opisy broni, walk, a nawet stopni wojskowych, tworzą z niej powieść od początku do końca militarną. Drugi tom porusza już nieco inne wątki. Mamy tutaj rozbite małżeństwa, wpływ pracy na życie prywatne, czy mniej lub bardziej udane próby analizy postaw psychologicznych bohaterów.
Sami bohaterowie są wykreowani w dużo ciekawszy sposób. Są przedstawieni jak ludzie nam bliscy, z własnymi słabościami, emocjami i namiętnościami. W podobny sposób pisarz zaprezentował obcą cywilizację Turuschów. Koncepcja ich umysłu, który składa się z trzech części, a mianowicie umysłu: Ponad-Poniżej- Tutaj, do złudzenia przypomina freudowską teorię Id-Ego- Super ego. Kolejnym plusem tej książki jest fakt, że wątki poboczne dotyczące życia prywatnego bohaterów, zostały tutaj dopowiedziane i rozwinięte. Dynamika w opisie bohaterów, sprawia, że od książki trudno się oderwać.
             W gatunku military science fiction niezbędne są odniesienia do nauki czy techniki. W powieści znajdziemy ich, co nie miara. Oprócz opisów planet, okraszonych informacjami na temat: fauny, flory czy zjawisk fizycznych na niej zachodzących, autor funduje czytelnikowi wędrówkę przez wszystkie epoki historyczne. Autor cytuje Juliusza Cezara, nawiązuje do średniowiecznego badacza Korneliusza z Agrypy czy zachwyca się przemianami zachodzącymi w renesansie. Nazwisko Einsteina czy postaci historyczne takie jak Helmut von Moltke pojawiają się niemal na każdej stronie. Dzięki temu zapaleni fizycy poznają trochę historii, a kochający czytać humaniści dowiedzą się, czym jest Prawo Moya. Co więcej, autor, już od pierwszej części dopisuje alternatywną historię do wydarzeń z XXI wieku. Pisze, czym skutkuje polityka ustępstw wobec Chin czy zbytnie eksploatowanie złóż naturalnych. Między wierszami możemy wyczytać, jak autor odnosi się do innych religii,  jaki ma stosunek do Islamu. Gratka dla miłośników polityki? Dlaczego nie, biorąc pod uwagę, fakt, że autor, (weteran wojny w Wietnamie), zna mechanizmy konfliktów oraz dyskusyjny udziału polityków w działaniach zbrojnych. Poza tym, sama Konfederacja Teksańska przypomina swoją działalnością ONZ i odwieczny dylemat: wypowiedzieć wojnę czy też nie?
                     Książkę czyta się niezmiernie szybko. Duże litery i dość obszerne marginesy ułatwiają lekturę. Wrażliwszych czytelników mogą odstraszyć przekleństwa, nieodłączny element wojskowego życia, a także momentami slangowy, kolokwialny język.
                   ,,Star Carrierr ‘’ nie jest czytadłem, które zachwyci każdego czytelnika. Nie każdy lubi czytać o wojnie, polityce i obcych cywilizacjach. Jeśli nie należysz do tej grupy, zakochasz się w pisarstwie Iana Douglasa. ,,Punkt Ciężkości’’ to intelektualna rozrywka na wysokim poziomie, a po jej  lekturze  każdy czytelnik zada sobie pytanie ‘’Co to znaczy być człowiekiem’’
Za możliwość przeczytania dziękuję:

Hatak

wtorek, 17 września 2013

Nauka a fikcja. Najbliższa przyszłość czy wróżenie z fusów ?

O tym, że gatunek ludzki stanowił zagrożenie dla Ziemi, wiedzieli już nasi przodkowie. Jednak, jeśli uświadamia to inny gatunek, mieszkający na planecie, którą chcą skolonizować Ziemianie, sprawy zaczynają się komplikować. Dlaczego? Wystarczy przeczytać: ,, Star Carrier: Pierwsze uderzenie''

                Takie problemy, niemal natury egzystencjalnej, stawia przed czytelnikiem Ian Duglas, a właściwie William H. Keith. Autor, o niezwykłym dorobku literackim. Napisał ponad sto książek, z których większość została umieszczona na liście: ,, New York Time'sa''.Niestety, w Polsce zostały wydane zaledwie dwie książki z serii ,, Star Carrier''. Keith żongluje gatunkami literackimi. Pisze technothrillery polityczne (cocokolwiek to jest), powieści historyczne, kryminały, a także... militarne science fiction. Właśnie do tego gatunku należy recenzowana przeze mnie książka. Autor, nie jest laikiem w tej dziedzinie. Weteran wojny w Wietnamie, były członek Korpusu Medycznego Stanów Zjednoczonych, wykładowca na Uniwersytecie w Pensylwanii i... można tak wymieniać. Autor, dzięki wszechstronnemu wykształceniu, wie o czym pisze. Niemalże z naukową precyzją tworzy militarną wizję świata w XXV w.n.e

Star Carrier: Pierwsze uderzenie - Ian Douglas                    Akcja powieści dzieje się we wrześniu i październiku 2404r. na pokładzie statku kosmicznego, o sugestywnej nazwie Ameryka. Głównymi bohaterami są żołnierze Marines, którzy walczą z istotami, którym nie podoba się szybki rozwój ziemi. Owe istoty to Turuschowie, należąće do imperium Shadaarów. Ni to zwierzęta (żywią się za pomocą fotosyntezy). Ni to rośliny, myślą i działają jak ludzie. I to właśnie ludziom zarzucają zbyt wysoki rozwój techniki i nauki. Eksperymenty DNAm, galopujący kolonializm może doprowadzić do... wojny. Uczestniczą w niej pracownicy Kongresu Międzyplanetarnego (coś podobnego do Kongresu ONZ), którzy wysyłają żołnierzy na wojnę w imię pokoju. Skąd my to znamy? Jednak, to tylko początek smaczków, o zabarwieniu politycznym, jaki serwuje nam autor.

                      Main Charkters- czyli żołnierze Marines, a wśród nich aspołeczny Trevor Gray, walczą z dronami Turuschów. Douglas daje czytelnikowi niepowtarzalną możliwość przejęcia sterów statku i walki. Nuklearne eksplozje, awaryjne lądowania, widziana oczami żołnierza. Opanowanie pola walki, wydawanie rozkazów, widziane oczami dowódcy. Czytelnik może to przeżyć na własnej skórze ! Stwierdzenie nad wyrost? Wystarczy przeczytać kilka plastycznych opisów, czy zapoznać się z kawałeczkiem nomenklatury Marynarki Wojennej. Od pierwszej do ostatniej strony czuć, że autor jest ekspertem, w dziedzinie, którą opisuje. Smaczku dodaje specyficzna narracja, widziana z różnych stron- żołnierzy, dowódcy i wroga. W pewnym momencie czytelnik dochodzi do wniosku, że nie wie po której stronie się opowiedzieć. Tą nieco zawiłą narrację porządkuje autor, szczegółowymi opisami, dnia, miejsca i godziny, w której dzieje się akcja. A tak poza tym zastanawialiście się ze Echo Whisky to tak na prawdę empty weapon czyli brak broni. A Wy myśleliście, że tylko uliczni blokersi mają swój slang.

Ian Douglas                          Jestem osobą dziwną, bo interesuję się polityką i to nie tylko polskim piekiełkiem. W książce doszukałam się średnio co dziesięć stron, nawiązań do bieżących ( tych z XXI wieku) problemów, konfliktów czy zamachów. Owy XXI jest bazą rozważań autora. Choćby: 100 lat po atakach na WTC, podpisano Białą Konwencję (co to za dokument, zdradzać nie będę), w XXII wieku wybuchła wojna chińsko-zachodnia, a kraje arabskie, które się zliberalizowały np. dopuściły kobiety do udziału w polityce przetrwały. Poza tym wspominany przeze mnie Kongres Międzyplanetarny to wypisz wymaluj, nieudolni urzędnicy ONZ. Wypowiedzieć wojnę czy nie? Pytanie, które dziś jest bardzo na czasie ( sprawa Syrii) czy opisy obozów dla uchodźców (tego nie trzeba wyjaśniać).

                             Niestety książka nie stanie się bestsellerem. Dlaczego? Niewielu interesuje taka tematyka. Trzeba się orientować w tym co się dzieje na świecie, bo inaczej książka stanie się tandetnym opisem jakiś tam światów które nigdy nie było i nie będzie. Czytelniku jeśli wolisz czytać książki obyczajowe to przy nich pozostań. Autor plastycznie i bez skrupułów opisuje wojnę. Jeśli masz słabe nerwy odpuść.  Jeśli nie spełniasz ani jednego ani drugiego punktu, przeczytaj serię Star Carrier. Tymczasem, parzę sobie kawkę i zabieram się za drugi tom.

niedziela, 8 września 2013

''To jesne, że nie jestem wzorem cnót'', a nawet Grey wymięka.

Nie każdy słucha rocka, ale każdy zna Toczące się kamienie, najsłynniejszą kapelę dwudziestego wieku. Nieśmiertelni Rolling Stones, z Mickiem Jaggerem na czele, który jest jak wino. Im starszy tym lepszy. Udawania to Christopher Andersen w biografii "MICK- szalone życie i twórczość Jaggera''
Plik:Jagger live Italy 2003.JPG   Rock to muzyka, która wychowała pokolenia. Mam ogromne szczęście, że od dziecka byłam osłuchana z Johnem Lennonem, ACDC czy właśnie Mickiem Jaggerem. Na początek, podam kilka znanych faktów. Szalone lata sześćdziesiąte to swoisty wysyp boysbandów. O większości słuch zaginął, niektóre cieszą się sławą do dzisiaj. Rolling Stones weszło z przytupem na angielską, a później światową scenę swoim pierwszym albumem. Przez wszystkie lata twórczości rozwijał się w opozycji do grzecznych Beatlesów, w czarnych lakierkach z białymi skarpetkami. Mick, Keith czy Brian Jones kochali szokować. Narkotyki, romans z okultyzmem, alkohol, czyli całe zło dzisiejszego i ówczesnego świata. Jednym słowem określenie: sex,drugs & rock'n'roll   to wypisz, wymaluj życie Stons'ów, a przede wszystkim Micka.
    Jego biografia, nie jest studium twórczości Stons'ów, z czego bardzo się cieszę. Andersen daje nam niepowtarzalną możliwość poznania prywatnego życia Micka. Tak, tutaj zaczyna się jazda. Książka zaczyna się od skandalu, związanego z nadaniem tytułu ''sir'' człowiekowi, który pije, zażywa narkotyki i sypiał z taką ilością osób, z której można uzbierać populację Warszawy. Na początku zastanawiamy się, czy rzeczywiście tak było, wszak dwór brytyjski jest skostniały i anachroniczny, dlatego lubi wyolbrzymiać niektóre kwestie. Rzeczywiście, na początku myślałam dokładnie tak samo. Przez trzysta następnych stron, autor przekonuje czytelnika, że słowa które powiedział Mick :'''... nie jestem wzorem cnót'' to żadna hiperbola.
    Po opisie pasowania Micka na szlachcica, Andersen wraca do czasów dzieciństwa piosenkarza i opisuje początkowe lata Stons'ów. Ich pierwsze koncerty, tworzenie się zespołu praktycznie od podstaw, a także jakże ciekawą rywalizację pomiędzy Mickiem a Keith'em. Później autor przeprowadza nas przez wszystkie wcielenia Micka. Od playboya po satanistę. Nieudane małżeństwa, hektolitry alkohol tabuny kobiet... Wilu myśli, że Pięćdziesiąt twarzy Grey'a to erotyk z wyższej półki. Wystarczy pomyśleć, że biografia Jaggera, to nie fikcja literacka, ale prawdziwe życie człowieka, legendy. Czasem mam wrażenie, że o Beatlesach, Metallice czy właśnie Rolling Stones'ach za sto lat będą się uczyć dzieci w szkołach, tak jak dzisiaj o Chopinie albo Lutosławskim. Stwierdzenie na wyrost? Wszak twórczość Goethego, spieniała dziś rolę Zmierzchu, wszyscy krytykowali, ale i wszyscy czytali. Tak, o tym jest cała książka: sex,drugs & rock'n'roll.. Całe siedemdziesiąt lat życia Jaggera... Sposób na długowieczność: sex,drugs & rock'n'roll.
Mick. Szalone życie i geniusz Jaggera - Christopher Andersen    Mój opis książki może nie zachęcać do lektury. Średnio inteligenty człowiek przez palce przyjmuje skandale seksualne czy gwiazdy pokroju Madonny albo Angeliny Jolie. Jednakże, autor pisze w taki sposób że od książki nie da się oderwać. Opisy kolejnych kochanek czy kochanków Micka są tak skonstruowane, że potrzeba dużo silnej woli, aby ich nie czytać. Problemy Micka, jego trasy koncertowe, konflikty w zespole... Nie interesuje się plotkami, nie czytam tabloidów, ale czytałam z wypiekami na twarzy. Dlaczego? Język, jak w kunsztownej powieści. Informacje sprawdzone, prosto ze źródła, czyli wypowiedzi Jaggera i najbliższych mu osób. Miłość do Stons'ów spowodował że szukałam każdej minuty by móc wrócić do lektury i nie zasnęłam póki jej nie skończyłam. Przy czym zachowana konwencja biografii, autor nie podchodzi z uwielbieniem to Jaggera. Punktuje jego wady, nie usprawiedliwia ich muzycznym geniuszem Jaggera, choć ma ogromny szacunek i podziwia twórczość zespołu. Co jeszcze mnie zauroczyło ? Kolorowe lata sześćdziesiąte, które mogły być wesołe, szalone i na swój sposób beztroskie dla zwykłych mieszkańców, których wolność nie kończyła się ''za żelazną kurtyną''. Andersen jeszcze bardziej udowodnił mi że lata sześćdziesiąte to nie tylko Gomułka i strajki ''bananowej młodzieży'68''(hahaha, popisywanie się wiedzą historyczną, w moim wykonaniu jest raczej kiepskie), ale fascynacja wolnością, hipisi, dzieci kwiaty i Make peace not war.
    Jesteś konserwatystą, albo ortodoksyjnym katolikiem, nie czytaj, szkoda nerwów. Nie słuchasz rocka, nie zrozumiesz świata rockmanów pokroju  Jaggera, nie czytaj, szkoda czasu. W każdym innym wypadku biegnij do księgarni/biblioteki.

niedziela, 18 sierpnia 2013

Arysta w czasie... terroru totalitanego.

-Kaśka, czemu płaczesz.
-Nie zrozumiesz.
-Jak mi nie powiesz to nie zrozumiem. To co ?
-Płaczę nad losem artysty w czasie dyktatury Stalina, ot co!
-Aha. To nie rozumiem. Jak już skończysz to pomyj garnki, bo idę do Kościoła.
Dzisiejsza poranna rozmowa z moją mamą. Nareszcie przeczytałam Dziennik Mistrza i Małgorzaty. Był to nie lada wyczyn. Książka ma 698 stron, jest wielkości Encyklopedii, a co najgorsze ma 130 stron przypisów. Jej czytanie wygląda mniej więcej tak: przeczytasz dwa zdania- przypis. Ni mniej ni więcej oznacza to, że ze strony pięćdziesiątej lądujesz na stronie 601. I tak przez 570 stron dziennika. Po mimo tych wszystkich niedogodności, na prawdę warto ją przeczytać.
Dziennik Mistrza i Małgorzaty - Michaił BułhakowMichaił Bułhakow, jest (a przynajmniej powinien być) znany wszystkim, którzy posiadają średnie wykształcenie. Wśród jego rozlicznych dzieł: powieści i dramatów, największą popularnością cieszy się Mistrz i Małgorzata. Jest to moja ukochana lektura z liceum, którą przeczytałam z prawdziwą przyjemnością. Właśnie, przede wszystkim akcja dziennika Bułhakowa toczy się wokół pisania tej powieści i związanych z tym problemów. Tak jak napisałam w tytule. Liczne przeszukania, mieszkania, konfiskaty rękopisów i wielogodzinne przesłuchania. Ot uroki państwa totalitarnego. Trzeba rozumieć ten klimat, aby w pełni zrozumieć sens dziennika Bułhakowa. I oczywiście przeczytać Mistrza i Małgorzatę.
Piszę bardzo ogólnie, dziennik Bułhakowa. Nie jest to do końca prawda. Siedmiuset stronnicowa relacja składa się z dwóch części. Pierwsza, o dosyć wymownej nazwie Pod Butem jest zapisem wspomnień samego Mistrza. Zostały w nim opisane relacje z jego pierwszą żoną - Tatianą Łappą oraz (dosłownie) oszczędzanie na chleb, przerwy w dostawie prądu i uroki życia artysty wszech czasów- w postaci głodu i kolegów z CZEK-a ( młodszych czytelników odsyłam do cioci Wikipedii).
Druga część książki to zapiski drugiej żony Bułhakowa, której imię i nazwisko poznajemy w tytule. Jelena Bułhakowa, na prośbę męża skrupulatnie notowała każdy dzień z życia artysty. Wpisy są okraszone listami Michaiła. Raz pięknymi i poetyckimi, drugi raz zupełnie błahymi. Poza tym daje on świetną lekcję, wszystkim rozwiedzionym małżeństwom, jak można rozstać się w zgodzie. Bułhakow jak na mistrza i autorytet w dziedzinie literatury przystało, szanował i przyjaźnił się ze swoją pierwszą żoną. 
Jednak nie o tym mowa. Dzienniki to  przede wszystkim przerażające świadectwo życia w stalinowskiej dystopii. Bułhakow cierpiał dodatkowo bo.. Należał do inteligencji, nie pisał na polecenie władz, zajmował się niewygodnymi tematami religii i Boga, a w wojnie domowej walczył po stronie białych [znowu Wikipedia:) ]. Żeby nie było tak depresyjnie, żona Mistrza, opisuje również wesołe akcenty, których nie brakowało w życiu Bułhakowów. Spotkania z niepokornymi twórcami, codzienne życie, wspólna praca nad książkami i radość wspólnego życia. Mało kto wie, że to Jelena przepisywała większość dzieł Mistrza. To piękne, jak w tak mrocznych czasach, ludzie którzy spotkali się po latach, mających za sobą bagaż doświadczeń, potrafili się kochać i cieszyć swoją obecnością. Życie z Mistrzem było najpiękniejszą rzeczą jaka mi się przytrafiła. Taki wpis na samym początku zabrzmiał niezwykle cukierkowo, ale czytając kolejne strony o tym jak Michaił i Jelena razem przepisywali kolejne zdania powieści, w pełni potwierdzały owe słowa. Równie pięknym momentem w dziennikach, są listy pary małżonków, gdy na jakiś czas musieli się rozstać. 
Gdy czytałam Mistrza i Małgorzatę, miałam poczucie, że czytam o miłości opisanej w najpiękniejszy możliwy sposób. Teraz wiem, skąd Bułhakow czerpał inspirację w trakcie tworzenia powieści. Śmiało można wysnuć wniosek, że powieść jest niejako autobiografią Bułhakowa, a tytułowe postacie, to tak naprawdę małżeństwo, któremu przyszło czekać na siebie czterdzieści osiem lat i żyć w czasach stalinowskiego terroru. Tak nieprawdopodobnego, że diabeł, umiejętność znikania i latania stają się sposobem na pokazanie absurdu i tragizmu... Tragizmu niewoli i życia w czasach pozbawionych miłości. W takich czasach, nawet Diabeł- Woland, traci swoją sprawczą moc zła. Zostaje tylko miłość, Mistrza i jego Małgorzaty (a może powinnam napisać Jeleny).
Autor: Michaił i Jelena Bułhakowowie z komentarzem Wiktora Łosiewa
Tytuł: Dziennik Mistrza i Małgorzaty
Wydawnictwo: Muza SA
Liczba stron: 686
Oprawa:  twarda
Ocena: 5/6 (za te przypisy na końcu książki)
Za możliwość przeczytana dziękuję 
 
 PS. A teraz tak trochę prywaty :) Kiedyś pisałam o zespole Kult. Dziś idę na koncert :)

środa, 7 sierpnia 2013

Twórca w trakcie tworzenia, czyli o miłości do ksiażek

Recenzja, niemalże na gorąco. Nie dlatego, że za oknem jest chyba +500 stopni, ale jakieś dwie godziny temu skończyłam czytać Zafona, w wersji dla dorosłych. Wcześniej miałam do czynienia z Księciem Mgły, a teraz zabrałam się za Grę Anioła. Szkoda, że cały cykl zaczęłam od środka, ponieważ pierwsza część to Cień Wiatru, ale trudno. Jakoś się odnalazłam. Pięć godzin i kilkanaście minut czytania zupełnie wystarczyło.
Gra anioła - Carlos Ruiz ZafónJeśli zaczynam coś czytać o północy, a o drugiej czuję że litery skaczą mi przed oczami to znak że muszę przerwać czytanie. Ale gdy nastawiam budzik na 8 rano by dokończyć lekturę, to znaczy ze musi być ona co najmniej dobra. Dokładnie tak miałam z Grą Anioła. Książką, którą ciężko zakwalifikować do jednego rodzaju. Wątki obyczajowe i romantyczne przeplatają się z kryminałem dobrą przygodówką i odrobiną magii. W przeciwieństwie, do mojej poprzedniej recenzji, gdzie bohaterowie byli tylko nośnikami idei, w tej bohaterowie sami tworzą ideę. (chyba jak w każdej trochę bardziej ambitnej książce).
Pisarz, trochę niezdara życiowa otrzymuje zlecenie, pracuje w podrzędnym wydawnictwie. Potem dowiaduje się, że choruje na raka i dostaje zlecenie życia. A potem akcja dzieje się sama. Owy Pryncypał jak zostaje nazwany przez głównego bohatera Davida Marti'na) zmienia całe jego życie. Dalej jest samotny, co gorsza jego jedyna miłość Christin wychodzi za jego najlepszego przyjaciela. Ale to nic. Przesiąknięty ideę napisania nie byle jakiej książki nie myśli o chorobie. Na jego drodze pojawia się tajemnicza dziewczynka Izabell. Razem trafiają na trop tajemniczej historii domu starszego, niż wszyscy bohaterowie razem wzięci. Wtedy nawet pisanie książki staje się nie ważne. Skrywana od lat tajemnica powoduje, że ginie parę osób... A David próbuje rozwiązać zagadkę, do czasu aż w grę nie wkroczy tajemnicza kobieta. Do i tak zagmatwanej akcji, wplata wątek fantastyczny, magię... Tak oto toczy się Gra Anioła.
Dziesiątki bohaterów, podróż po Barcelonie i miłość do książek. To główne wątki powieści, która wbrew pozorom nie toczy się tylko w okół tajemniczego domu i Pryncypała. Wszystko, bierze swój początek na cmentarzu zapomnianych książek, który łączy wszystkie części.
Gra anioła - Carlos Ruiz Zafón
niedokończonych wniosków.... I równie wiele domysłów. Co by było gdyby? Co się stało z innymi bohaterami ? Kim był tajemniczy Pryncypał? Nawet gdy przeczytamy te 500 stron będziemy jeszcze mniej wiedzieć o Zafonie i cmentarzu zapomnianych książek.Co podoba mi się u Zafona? Miłość do książek. Wszystko dzieje się przez książki, które są obecne w życiu każdego bohatera. Kiedy moi rówieśnicy widzieli czarne robaczki na białych stronach, ja żyłem życiem coraz ciekawszych bohaterów, odkrywałem coraz piękniejsze miejsca. Studium pracy pisarza ? Chyba tak. Autor zręcznie wplótł żywot bohatera wątki swojej autobiografii. Co przeżywa pisarz gdy tworzy ? Zafon chciał przedstawić to w Grze Anioła. Pewnie dlatego jest w niej tak wielu bohaterów, tak wiele miejsc i milion
Wciągająca, szybko się czyta. Literatura nie najwyższych lotów, choć autor do takiej aspirował. Wątki filozoficzne przemyślenia na temat religii i życia stanowią plus tej książki. Fabuła jak w każdej książce sensacyjnej, tyle że ujęta w dużo ciekawszy i bardziej oryginalny sposób. Gdy macie dosyć topornych obyczajówek czy cukierkowych kryminałów, a wakacje odstraszają Was od czytania książek uznanych za Arcydzieła Wszech czasów  (użeranie się z Dante na piaszczystej plaży) to polecam. Nie oderwiecie się od niej, a po lekturze będziecie chcieć więcej i więcej :) Tylko, że więcej nie będzie. Zafon z tajemnicy, uczynił swój główny atut.
Autor: Carlos Ruiz Zafon
Tytuł: Gra Anioła
Wydawnictwo:Muza SA
Liczba stron: 510
Ocena: 5/6
Za możliwość przeczytania dziękuję:

piątek, 19 lipca 2013

Dobrze być prawnikiem, a zwłaszcza w więzieniu

Witam Was Moi Drodzy. Znowu długa przerwa, ale cóż zrobić obowiązki wzywają. Nie mniej dziękuję wytrwałym, za czytanie i komentowanie, moich tekstów o wątpliwej jakości. W dosyć długiej podróży miałam przyjemność czytać Więziennego Prawnika. To odstępstwo od mojego lipcowego stosika, ale doczekałam się przeceny i zakupiłam. Dlatego wypadałoby przeczytać. A nawet trzeba, więcej Wam powiem, zrobiłam to z wielką przyjemnością.
Więzienny prawnik - John GrishamOkładkowe wprowadzenie zapowiada się ciekawie, bo daje nam garść niezwykle przydatnych informacji (o ironio) USA zna cztery przypadki zabójstw sędziów federalnych, w okresie pełnionych funkcji (muszę to sprawdzić). John Grisham opisuje podwójne morderstwo, którym pada wyżej wymieniony sędzia federalny- Rymond Fawcett i jego kochanka. Tymczasem, daleko od domku w którym zostały zamordowane ofiary, w zakładzie karnym, o złagodzonym rygorze, wyrok odsiaduje prawnik (z wyraźnym naciskiem na czarnoskóry, jakby to miało jakiekolwiek znaczenie na etapie pt. ''wprowadzenie do powieści) Malcom Barrister. Jest więzienną gwiazdą, pomaga pisać testament, wnioski rozwodowe i inne bajery mające pomóc niedouczonym więźniom. Tak mija mu czas z dziesięcioletniego wyroku, który odsiaduje będąc niewinnym (notabene jak każdy więzień, ach ta stara maksyma -Za co siedzisz? -Za niewinność). W więzieniu, gdzie jest wiele czasu na przemyślenia, tęskni za swoim synem i żoną która rozwiodła się z nim lata temu. Tymczasem do samotnego, niesłusznie skazanego prawnika docierają informacje o śmierci sędziego. Tak oto zaczyna się cała akcja. 
Zjadałam paznokcie jak czytałam tą książkę. Grisham słynie z thrillerów prawniczych. Większość z Was zapewne go zna z takich ryngrafów jak: Zaklinacz Deszczu, Komora, Raport Pelikana, .... można było by tak wymieniać i wymieniać. Wielu amatorów filmów nawet nie zdaje sobie sprawę że oglądają dobry thriller, który powstał właśnie na podstawie jednej z książek Grishama. Sama recenzowana pozycja nie jest jakaś wybitnie wyjątkowa, czytałam już lepsze choćby wyżej wymienione. Jednakże John Grisham to marka sama w sobie. Czy macie takich autorów, którzy napisali pierdyliard książek, a żadna z nich nie sięgnęła literackiego dna, a każda utrzymuje w miarę dobry poziom. Ja tak mam z tym autorem, dlatego systematycznie śledzę jego facebook'a i stronę internetową, w poszukiwaniu informacji o jakiejś nowej książce. Nie jest to literatura wysokich lotów, ale między Witkiewiczem a Proustem warto przeczytać coś dla odetchnienia.
A teraz pojadę prywatą i to straszną, wybaczcie :) Jak miałam dwanaście lat przeczytałam Komorę i wymyśliłam sobie nowy plan na życie. Siedem lat później jechałam złożyć dokumenty na Wydział Prawa i Administracji czytając Więziennego Prawnika. Aż się popłakałam normalnie. Dobra koniec patosu:) Piąteczka w ciemno i mam nadzieję, że wszyscy wielcy autorzy na przestrzeni dziejów, których oceniłam podobnie, nie przewracają się teraz w grobach. 
Za możliwość przeczytania dziękuję:

Autor:John Grisham 
Tytuł: The Rackeeter
Wydawnictwo:Albatros, 2012
Liczba stron:5/6
Ocena494

środa, 10 lipca 2013

O człowieku, który nie chciał żyć w ciągłej rewolucji.

W mały dworku - Stanisław Ignacy WitkiewiczHej :) Nie przeczę, zmuszam się trochę do napisania tego posta. Ostatnio jestem jakaś taka nieogarnięta. Sprawa jest prosta, rekrutacja na studia zjada całą moją energię. Mam nadzieję, że ten koszmar w końcu się skończy, a ja wrócę do normalnego życia. Wczoraj nie mogąc spać stwierdziłam, że zrobię sobie bardzo qlturalny wieczór, a raczej noc. Puściłam sobie Bacha. No trzeba w końcu przekonać się do tej muzyki klasycznej oraz przeczytałam dramat Witkiewicza. Kto czytał poprzednią notkę wie, że chodzi o sztukę W małym dworku. Jak większość tego typu lektur był opatrzony kilkustronicowym wstępem. Stanisława Ignacego Witkiewicza znamy przede wszystkim ze szkoły, moi drodzy maturzyści ;) a inni, no cóż, albo poznali albo najlepsze przed nimi. Jego biografia została przestudiowana przez wielu wybitnych badaczy, więc przytaczanie jej mija się z celem. Znalazłam jednak kilka smaczków z jego biografii.
W małym dworku - Stanisław Ignacy Witkiewicz-jako genialne dziecko, pobierał nauki w domu, a potem wbrew woli ojca studiował na ASP, którego chyba nie ukończył.;
-chciał się odróżnić od ojca, notabene również wybitnego artysty Stanisława Witkiewicza, dlatego przybrał pseudonim Witkacy;
-był uzależniony niemal od wszystkiego, począwszy od alkoholu, a na kokainie skończywszy (tak podobno wieść gminna niesie);
-dzień po wkroczeniu ZSRR, popełnił samobójstwo, ponieważ nie chciał żyć w powojennej rzeczywistości, która według niego miała być ostatnim najgorszym stanem rewolucji.
Jeśli o rewolucje chodzi jest ona niezwykle interesująco wyjaśniona w innym dramacie pt.Szewcy. Witkacy twierdził, że rewolucja ma trzy stany a mianowicie:
1.faszyzm
2.komunizm
3.technokracja (w której podobno dzisiaj żyjemy)
W małym dworku porusza zupełnie inny temat, nie związany z rewolucją. Dramat ten, jak zauważyła jedna z czytelniczek mojego bloga, traktuje o łatwiejszym temacie, a mianowicie o roli teatru w życiu. Witkiewicz sądził, że teatr miał być odzwierciedleniem snu. Dlatego we wszystkich jego sztukach zaburzona jest chronologia czasu, a rzeczy pozornie są pozbawione sensu. Zupełnie jak we śnie. Nie przypadkowo recenzowana sztuka nosi miano dramatu rodzinnego. Fabuła ni mniej ni więcej opiera się na tym, że zmarła kobieta- matka, zjawia się w swoim rodzinnym domu i jak gdyby nigdy nic rozmawia z współmieszkańcami. Przy okazji zdradza wszystkie rodzinne tajemnice i rozwiązuje wiele wątpliwości.
Wiem że może to brzmieć trochę nieskładnie ale Witkiewicza nie da się tak po prostu opisać, trzeba przeczytać jego sztuki i starać się wyciągnąć wnioski. Jeśli nic nie zrozumiecie, nie martwice się. Czysta sztuka  jak mawiał mistrz nie wymaga zrozumienia, bo sama w sobie jest rozwiązaniem.
Za możliwość przeczytania dziękuję: 
P I W
Autor: Stanisław Ignacy Witkiewicz
Tytuł: W małym dworku
Liczba stron: 75 ( wraz z 25 stronami wstępu)
Wydawnictwo: Państwowy Instytut wydawniczy, 1967
Ocena:5/6

wtorek, 2 lipca 2013

''Trwa wielka sztuka, a ty możesz dopisać swój wers.''- czyli gdzie się podziali nauczyciele z dawnych lat?

Stowarzyszenie umarłych poetów - Nancy H. Kleinbaum   Po Noblistach, czas na dzieła Oscarowe. Dla ścisłości, po jakimś miesiącu czytania  znalazłam w bibliotece książkę autorstwa pani Nancy Kleinbaum. Jej książka Stowarzyszenie Umarłych Poetów, powstała w dziwnych okolicznościach. Jak dla mnie, bowiem najpierw powstał film, a później na podstawie scenariusza, książka. Mniejsza o to, fabuła jest taka sama więc zabieram się do recenzji. 
    Reżysera Petera  Weira, nie znałam wcześniej. No cóż, muszę oglądnąć Niepokonanych. Tymczasem o Stowarzyszeniu... W kilku słowach, akcja rozgrywa się w szkole. I to nie byle jakiej, bo w elitarnej Akademii Welton'a. Jej czterema naczelnymi zasadami są: tradycja, honor, dyscyplina, doskonałość. I tak przez sto lat, od 1859. W 1959 r. czterej przyjaciele: Neil Perry, Knox Overstreet, Gerard Pitty oraz Charlie Dalton rozpoczynają kolejny rok szkolny, mający przygotować ich do podjęcia studiów. Niby nic szczególnego. Skostniałą i anachroniczną szkołę ożywia niekonwencjonalny nauczyciel języka angielskiego, John Keating, który również ukończył elitarną akademię Welton'a. Od pierwszej lekcji profesor zaskakuje widza ekscentrycznym podejściem do swojej pracy, o czym świadczy choćby zwrot z wiersza o Abrahamie Lincolnie, O kapitanie mój kapitanie. Owym zwrotem uczniowie, jeśli oczywiście chcą mogą się zwracać do profesora. Co na celu ma taki zabieg? Keating pragnie by jego uczniowie stali się wolnomyślicielami i zrozumieli kwintesencję poezji, dlatego w programie nauczania ekscentryczny nauczyciel pominął choćby pozytywistów czy realistów (chciałabym tak). Nadto pragnie wpoić uczniom zasadę carpe diem. Siedemnastolatkowie, będący pod wpływem charyzmy Keating'a, odnawiają tytułowe Stowarzyszenie Umarłych Poetów.  Dlaczego odnawiają, a nie zakładają? Jeden z czwórki przyjaciół, bodajże Neil Perry, wypożyczył z szkolnej biblioteki kronikę pamiątkową, w której był krótki życiorys Keating'a. Z niego dowiadują się, że ich nauczyciel nie był wzorowym uczniem, sprawiał problemy wychowawcze, a jednym z nich była działalność w nielegalnym, tytułowym Stowarzyszeniu. Tak zaczyna się, zarówno film jak i powieść. Jak się zakończy ? Zapraszam do lektury lub przed ekrany.
Stowarzyszenie umarłych poetów - Nancy H. Kleinbaum
   Naprawdę warto. Dlaczego? Kleinbaum i Weir stawiają nam pytanie, co się stało z nauczycielami z powołaniem i pasją. Historia Stowarzyszenia... wywołuje w nas tęsknotę za autorytetami oraz indywidualizmem, który zatraca się w szarej rzeczywistości. Każdy z nas potrzebuje kogoś kto pozwala nam wykrzesać z siebie choć odrobinę indywidualizmu czy kreatywności.  Zapewne takim kimś był John Keating. Nauczyciel, o którym wielu z nas mogłoby tylko pomarzyć. Choć z drugiej strony, czy oczekujemy od szkoły by wpajała nam ideały, czy uczyła nas do mniej lub bardziej głupich egzaminów?
Stowarzyszenie umarłych poetów - Nancy H. Kleinbaum
   Haha, znalazłam sobie temat wprost idealny na wakacje. Ja i moja umiejętność dobierania tematów. Jednakże byłam pod tak ogromnym wrażeniem książki, że jeszcze tego samego dnia oglądałam film. Jednym tchem przeczytałam 120 stron, gdy zadzwoniła moja znajoma. Z bólem serca odłożyłam powieść, a raczej wpakowałam ją do torebki. Gdy wracałam do domu, miejscowy żul, dwie panie, które miały więcej tapety na twarzy niż ja na ścianie, oraz zmęczona życiem pani z dzieckiem, patrzyli na mnie jak na wariatkę, bo gdy kończyłam czytać miałam łzy w oczach, a płakanie w autobusie nad książką, jest co najmniej dziwne, dla przeciętnego zjadacza chleba. Mniejsza o to. W powieści Marqueza, narzekałam na niedostatek dialogów. Pani Kleinbaum zaserwowała mi ich aż nadto. Książka może nie jest dziełem literackim, ale chwyta za serce. Ekranizacja, na której bazie powstała, jest niezmiernie wciągająca. Po mimo tego że oglądałam ją o drugiej w nocy nie zasnęłam, a spokój jaki niesie ze sobą noc i własne łóżko, pozwoliły mi wyć do woli. Wiem, że za to co napisze mogę narazić się na krytykę książko-holików, ale film podobał mi się dużo bardziej.;)
Stowarzyszenie Umarłych Poetów   
 Książka
Autor: Nancy H.Kleinbaum                          
Wydawnictwo: Rebis, Poznań 2000            
Liczba stron: 154                                          
Ocena: 4/6                                                
Film:
Scenariusz:Tom Schulman
Reżyseria:Peter Weir
Rodzaj: dramat
Premiera:02.06.1989( świat) 07.10.1990(Polska)
Ocena :5/6

środa, 26 czerwca 2013

Belle époque... czyli zakochani w przeszłości

   Miałam skrobnąć coś wczoraj, ale niestety moje lenistwo zwyciężyło. Dlatego piszę, dzisiaj, nazbierało mi się trochę zaległości i w sumie nawet nie wiedziałam od czego mam zacząć. Dawno nie recenzowałam  filmu, dlatego Książę Mgły, będzie musiał poczekać, bo dzisiaj słów kilka napiszę o Woodym Allenie.
   Kilka dni temu po raz kolejny obejrzałam O północy w Paryżu. Wstyd się przyznać, ale nie oglądałam innych filmów Allena, teraz wiem że czas to nadrobić. Kim on jest ? Chyba wszyscy czytelnicy mniej więcej wiedzą. Wybitny  reżyser, wiekowy, ale jak na swoje siedemdziesiąt osiem lat świetnie się trzyma. oprócz reżyserowania, zajmuje się jazzem,w 2008 r.odwiedził nasz kraj wraz ze swoim zespołem Woody Allen and his New Orleans Jazz Band. Wizytówkami Allena są : Vicky Christina Barcelona, Zakochani w Rzymie czy oscarowe Annie Hall, Hannah i jej siostry i oczywiście O północy w Paryżu.
Plik:Owen wilson.JPG
  Nie dajcie się zwieść opisowy filmu, który zaczyna się słowami: komedia romantyczna. Może początek rzeczywiście jest nieco cukierkowy. Młody pisarz Gil (Owen Wilson) i jego narzeczona  Inez (Rachel McAdams) podróżują do Paryża, wraz z obrzydliwie bogatymi rodzicami przyszłej panny. W trakcie wyjazdu okazuje się że para średnio się dogaduje. Sprawę komplikują rodzice oraz pseudo-inteligentni znajomi Inez. Nieco roztargniony, artysta Gil nie może się odnaleźć w całej sytuacji, czemu się nie dziwię.
   W tej beznadziejnej  sytuacji pojawia się światełko w tunelu. A raczej stare auto, z epoki Hemingwaya i Dallego. Wszystko  dzieje się o północy, oczywiście w Paryżu. Gil, niczym surrealista przenosi się w czasie gdzie poznaje Hemingwaya, Picassa, Gertrude Stein i Salwadora Dali ( we wspaniałej roli Adriena Brody)
   Tak jak napisałam na początku, film oglądałam już dawno. Później nie sięgnęłam po Allena, ale za to zainteresowałam się dwudziestoleciem międzywojennym i tytułową belle époque. Przesłanie filmu jest proste. zdarza nam się tęsknić za czasami, które minęły. Któż z nas nie chciałbym na żywo posłuchać Edith Piaf (przemilczę to że później śpiewała dla nazistów) czy wybrać się na spotkanie gdzie Hemingway we  własnej osobie opowiada o swojej najnowszej powieści. Czasy manifestów futurystycznych, surrealizmu i radości z zakończonej wojny. Tak właśnie myślał Gil, a gdy jego marzenia się spełniły, przekonał się że można iść jeszcze dalej. Któż z nas nie chciałby być świadkiem wydania Manifestu Komunistycznego, spotkać Ibsena czy czytać Jądro Ciemności miesiąc po opublikowaniu. Tęskniąc za tym co minęło możemy przegapić to co jest. 
 Ni mniej ni więcej, znowu tworzę cukierkową recenzję, którą podsumuję jednym słowem: Warto
Tytuł: O północy w Paryżu
Rodzaj: Komedia romantyczna, fantastyka
Premiera: 28.08.2011, w Polsce 11.05.2011
Reżyseria i scenariusz: Woody Allen
Ocena: 5/6

czwartek, 20 czerwca 2013

Manifestacja na miarę dekady

  Hej :) Jak sami dobrze widzicie na blogu zachodzą małe zmiany. Mam nadzieję, że nowy wystrój Wam się podoba i przede wszystkim ułatwia czytanie. Szczerze się przyznam, że jak czytałam te malutkie literki to mnie najjaśniejszy szlag trafiał... No ale cóż człowiek uczy się na błędach. Jeszcze kilka takich błędów będzie, ale obiecuję zaciekle z nimi walczyć. To tyle tytułem wstępu, teraz przechodzę do sedna. Emil Smistek, w jednym z komentarzy poprosił o to abym napisała coś niecoś o swoich gustach muzycznych. Nic prostszego, tym razem zrecenzuję płytę. A zatem do dzieła.
   Z reguły lubię słuchać rocka i to w różnych odmianach. Hard, alternative etc. Jako że swój kraj kocham, to i od czasu do czasu lubię posłuchać polskich wykonawców. Szczególnie w ucho wpadła mi płyta Prosto
   Kult zna chyba każdy za równo, z młodszego jak i starszego pokolenia, a charyzmatyczny Kazik należy do wokalistów których mojemu pokoleniu (szaleństwo bardzo późnego nastoletniego) nie spotkasz. Prosto jest już szesnastą płytą zespołu. Z ciekawostek warto wiedzieć, że utwór Układ Zamknięty był wykorzystany w filmie o tym samym tytule, w reżsyerii Ryszarda Bugaja ( gdy go w końcu obejrzę, obiecuję dodać recenzję).
  Płyta została okrzyknięta przez krytyków najlepszym dziełem dekady. Słowa nieco przesadzone ? Nie mnie decydować. Kazik w każdej piosence wygłasza jakby małe manifesty dotyczące: polityki, życia i kultury. Mistrzostwem jest to, że na krążku znalazły się utwory typowo hardrockowe, podszyte mocnym głosem Kazika i gitarowymi basami. Obok nich mamy utwory melodyjne jak choćby Dobrze być dziadkiem. Tworzy to niezwykłą mieszankę przyjemną dla ucha.
  Nie jest to płyta łatwa, trzeba się skupić, analizować, bo każda piosenka jest przesycona przesłaniem i komentarzem, człowieka rozczarowanego rzeczywistością polityczno-społeczną, w której przyszło mu żyć. Świadczą o tym tytuły szesnatsu piosenek :
1. Teide
2. Układ zamknięty
3. Twoje słowo jest prawdą
4. Dzisiaj jest mojej córki wesele
5. Prosto
6. Dobrze być dziadkiem
7. Dlaczego tak tu jest
8. Bomba na parlament
9. Mój mąż
10. Moja myszko
11. Zabiłem ministra finansów
12. Nie chcę grać w reprezentacji
13. Modlitwa moja
14. Największa armia świata wzywa cię
15. Opowiadam sie za miłością
16. Życie jest piękne

  Reasmumjąc płyta nie dla każdego. Trzeba lubić te klimaty, ja mam szczęście i Opatrzność, ślepy los czy cokolwiek innego pozwoliło mi lubić Kult i starać sie zrozumieć wartość jaką ze sobą niesie:)

niedziela, 16 czerwca 2013

(...) psychologicznie rzecz biorąc, dziecko jest ojcem dorosłego człowieka

Sigmund Freud  Długo zbierałam się aby napisać post o tej książce, a jeszcze dłużej aby ją przeczytać. Mowa o pozycji absolutnie wyjątkowej, palonej na goebbelsowskim stosie, a mianowicie o "Wstępie do psychoanalizy" Pozycja obowiązkowa dla wszystkich psychologów. Nie mam zamiaru wiązać przyszłości z tą profesją, ale przeczytałam ją z polecenia mojego dobrego znajomego. Nie wiem jak się to dzieje, ale wszystkie książki które mi poleca są genialne, albo genialnie niszczą psychikę. Jak było z dziełem Freuda ? Myślę, że trochę jednego i trochę drugiego.
  Pisząc o Psychoanalizie najpierw należy przywołać postać Sigmunda Freuda. Psychiatra żyjący w dziewiętnastowiecznym Wiedniu, twórca psychoanalizy, na której opiera się cała współczesna psychologia. Mało kto wie, że chciał zostać prawnikiem, ale przez swoje zamiłowanie do przyrody i dzieło Goethego ''Natura'' {kiedyś przeczytam, na pewno ;)} zmienił swoje zapatrywania. Później studia- medycyna, przeplatane kłopotami związanymi z pochodzeniem. Freud był Żydem, co później propaganda hitlerowska skrzętnie podkreślała paląc jego kolejne dzieła. Po studiach praktyka zawodowa i pisanie kolejnych psychologicznych perełek.
Wstęp do psychoanalizy - Sigmund Freud  W ten sposób doszliśmy do lat 1915-1917, czyli czasu w którym autor udzielał się w środowiskach akademickich. W seriach wykładów na temat... psychoanalizy powstała książka o niej. Przemówienia dla wytrwałych. Język momentami bywa bardzo drętwy ( nie ma jak używać slangu w analizie Psychoanalizy), dlatego większość osób po pierwszych pięciu wykładach serdecznie dziękowała. Jeśli ktoś dotrwa do końca to nie pożałuje. Prawdy, wydawałyby się oczywiste oplecione są kilkustronowym wstępem  i rozwlekłym rozwinięciem, z którego trzeba wybrać kluczowe zdania by zrozumieć cały sens. Co ciekawe, obok pozornie oczywistych rzeczy, czytelnik spotyka się z twierdzeniami niemal rewolucyjnymi. Weźmy pod uwagę to że żyjemy w XXI wieku, a sto lat temu to dzieło musiało szokować dziesięć razy bardziej.
  Książka składa się z trzech części, w sumie to z czterech: Wstęp, Czynności Pomyłkowe, Marzenia Senne oraz Nauka ogólna o nerwicach.  Momentami jak czytałam wynurzenia doktora Freuda byłam przerażona. Czasem śni mi się las, a nawet szafa wypełniona ciuchami od Dolce& Gabbana i lepiej dogaduję się z tatą niż mamą. Czy mam się bać? Ni mniej ni więcej warto przeczytać. Szczególnie jeśli jesteś fanem psychologi albo filozofii, choć sam Freud nie uważał się za filozofa. Jeśli nie jesteś ani jednym ani drugim to też przeczytaj. Dowiesz się wielu ciekawych rzeczy o sobie. Po takiej dawce wiedzy warto przeczytać coś lekkiego,a przed snem nie analizować mniej lub bardziej kontrowersyjnych twierdzeń pana Sigmunda. Z chęcią przeczytałabym jeszcze jakieś dzieło pana doktora, szczytem marzeń byłoby Totem i tabu albo Kultura jako źródło cierpień,  ale moja biblioteka zarówno wiejska jak i miejska takowych nie posiada. Gdyby ktoś chciał wspomóc to proszę się zgłosić na adres: qltura1515@gmail.com  Na koniec moi czytelnicy zostawiam Wam jedno przesłanie jakie wyniosłam poznając życie i twórczość bohatera dzisiejszego tekstu:
,,Nigdy nie jesteśmy tak bezbronni wobec cierpienia jak wtedy, gdy kochamy ''

środa, 12 czerwca 2013

Polemika z życiem... czyli Życie Pi.




   Najpierw staram się przeczytać książkę, potem dopiero obejrzeć film. Niestety w tym przypadku było inaczej. Nie mogłam liczyć na moją bibliotekę, ani wiejską, ani miejską. W księgarniach i empikach też nie mogłam się na nią natknąć, więc obejrzałam film. Długo odkładałam decyzję o jego obejrzeniu, ale myślę sobie, w końcu się za niego zabiorę. Ciekawość wygrała
   O czym mowa? Jak sam tytuł wskazuje "Życie Pi". To ekranizacja powieści Yann Martel ( tak wiem, że kiedyś ją przeczytam). Opowiada o chłopcu, szesnastoletnim Pi Partel'u, który jako dorosły mężczyzna opowiada dziennikarzowi swoją historię . Już na początku dowiadujemy się skąd wzięło się jego zagadkowe imię. Dalej reżyser ( Ang Lee) wprowadza nas w telogiczno-filozoficzną dyskusję o Bogu. W sumie o bogach, bo czy można być wyznawcą trzech religii na raz, a mianowicie hinduizmu, islamu i chrześcijaństwa. Z kolejnymi minutami filmu śledzimy życie Pi. Życie obok zwierząt w zoo rodziców, łódź i tresowanie tygrysa. To wszystko przez dwie godziny filmu. Warto je poświęcić ?
   Od czasu do czasu lubię oglądać filmy przygodowe. Ang Lee funduje nam coś na kształt współczesnego Robinsona Crusoe, z lekkim zabarwieniem filozoficznym. Bohater wszędzie widzi Boga. W przyrodzie, zwierzętach czy drugim człowieku. Dla chrześcijan zupełna abstrakcja, dla hinduistów codzienność. Oczywiście oglądając ''Życie Pi'' z jednej strony  miałam ochotę płakać ze śmiechu, a z drugiej rzeczywiście się wzruszałam. Tresowanie tygrysa, połączone z walką o przetrwanie. Trochę śmiechu trochę łez. Zatem do jakiej kategorii można go zaliczyć? Czasem przybiera on formę powiastki filozoficznej, ale w wielu momentach jest to film przygodowy. Czyli przygoda z przesłaniem? 
   Nie mniej ni więcej, warto obejrzeć. A wcześniej przeczytać książkę, nie polecam odwracać kolejności ;)

A teraz trochę spraw związanych z blogiem. Najpierw chciałabym podziękować za wszystkie komentarze i wejścia. Dopiero zaczynam przygodę z blogowaniem, dlatego każda uwaga jest dla mnie cenna, jednocześnie proszę o wyrozumiałość dla wszystkich moich błędów i niedociągnięć.
Poza tym biorę udział w konkursie http://skrytkaslow.blogspot.com/2013/06/nowe-wyzwanie-czytelnicze-czytam.html , dlatego następny wpis będzie właśnie w tym klimacie. Doczytam tylko książkę którą wczoraj zaczęłam, siadam z laptopem i piszę recenzję ;)