Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 4. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 4. Pokaż wszystkie posty

piątek, 6 września 2013

Powrót do klasycznej fantastyki, osadzonej w elfickim świecie

W literaturze popularnej, od jakiegoś czasu prym wiodą wampiry   i wilkołaki. Elfy, nieodłączne istoty fantastycznego świata, dzisiaj pozostają  w niszy. Czy Bernard Henen, zmieni ten trend, serwując czytelnikom barwną historię o pięknych nieśmiertelnych istotach, walczących ramię w ramię z ludźmi.

Henen, nie jest znany polskim czytelnikom. Powieść o jakże prostym tytule ''Elfy''' jest pierwszą częścią cyklu dwunastotomowej sagi, przetłumaczonej na język polski.  Autor, z pochodzenia Niemiec, z zawodu dziennikarz rozgłośni radiowej oraz redaktor czasopisma ''Czas Zaklęć'' prywatnie fan gier fabularnych, do których pisuje scenariusze oraz miłośnik gier bitewnych.W swoim dorobku literackim ma kilka powieści oraz współpracę z Wolfgangiem Hohelbeinem. Polacy po niemalże dziesięciu latach, od wydania powieści, mają okazję spotkać się z twórczością Henena.
Kim jest elf? Wie to zarówno fan fantastyki jak i czytelnik powieści obyczajowych czy kryminałów. Pomimo tego, że elfy czasem przegrywają w rankingu popularności, z wampirami, wielu autorów umieszczało w powieściach owe magiczne, nieśmiertelne stworzenia. Henen serwuje czytelnikowi powrót do korzeni fantasy, osadzonego w magicznym, niemal tolkienowskim świecie.
         Mandred, główny bohater lektury, po starciu z człeknurem- potworem,którego autorem jest wyobraźnia Henena, przekracza bramę do krainy o tajemniczej nazwie Alfenmarchii, zamieszkiwanej przez elfy. Tam poznaje magiczny świat, zupełnie obcy zwykłemu śmiertelnikowi. Poza tym spotyka towarzyszy broni Farodina i Nuramona. Zawiązuje pakt z Emeralle - władczynią tajemniczej krainy. W tle znajdziemy wątek miłosny, którego nie powstydziłby się nie jeden harlequin. Jak potoczę się dalsze losy Mandreda, jak wygląda miłość w świecie elfów. Wszystkie odpowiedzi znajdziemy w powieści Henena.
Na rynku niemieckim, saga została świetnie przyjęta przez czytelników, którzy od 2004 roku, kupują jej kolejne części. Niestety, czasami możemy odnieść wrażenie, że opisy magicznego świata, są sztywne i pozbawione polotu. Krótki zdania odzierają z magii magiczny świat elfów. Głośno zapowiadane opisy tolkienowskiego świata, są niezwykle trudne do znalezienia, a momentami  wręcz graniczy  to z cudem.
Ni mniej, ni więcej niemieccy czytelnicy zostali oczarowani elficką sagą. Niestety, brakuje jej wiele do naszego rodzimego polskiego ''Wiedźmina'', czy sagi ''Eragon'' pióra nastoletniego pisarza Paoliniego pt. ''Eragon'',a do szumnie zapowiadanego  tolkienowskiego świata, Henenowi brakuje lat świetlnych. Co może zachwycić polskiego czytelnika? Przede wszystkim szybka i wartka akcja. Niemal na każdej stronie coś się dzieje. Powoduje, to że oderwanie się od książki to nie lada sztuka. Nie odłożymy jej spokojnie, nie wiedząc co wydarzy się na następnej stronie. Historia okraszona dużym poczuciem humoru, w połączeniu z rycerskim patosem stanowi ciekawą mieszankę, powodując łzy wzruszenia albo łzy uśmiechu. Magia, walka i misja, którą mają wypełnić bohaterowie powoduje, że każdy fan fantastyki, nie przejdzie obojętnie obok sagi.                  Na rynku wydawniczym, znajdziemy wiele książek o fantastycznej tematyce, ale rzadko. który autor wraca do korzeni gatunku. Niemiecka saga ''Elfy'' to klasyczne fantasy.
Oryginalne wydanie powieści, zawiera niemal 900 stron. Kolejne opasłe tomisko na miarę ''Zakonu Feniksa'', J.K. Rowling czy ''Gry o tron'' Georga R.R Martina? Polskie wydanie powieści zostało podzielone na dwie części. Czytając ostatnią stronę powieści możemy być nieco zaskoczeni, dlaczego książka kończy się akurat w tym a nie w innym momencie. Powoduje to lekki niedosyt, który mam nadzieję zrekompensuje następna część.

środa, 28 sierpnia 2013

Biografia czy hagiografia polskiego Sarmaty?

Granica między tymi gatunkami jest płynna. Marta Sztokfisz, przez trzysta trzydzieści stron opisała życie legendy polskiego kina. Ile w nim prawdy, a ile mitologizacji?

Jerzego Hoffmana, zna niemal każdy. Na jego filmach wychowywały się pokolenia Polaków. Ekranizacje Potopu czy Pana Wołodyjowskiego były wytchnieniem, od obszernych szkolnych lektur dla niejednego maturzysty. Jego filmy takie jak: Uwaga Chuligani, Prawo Pięści ubarwiały komunistyczną rzeczywistość. Dorobek reżyserski pana Jerzego jest ogromny: Doktor Honoris Causa Instytutu Filmowego w Moskwie, zdobywca sześciu Nagród Ministerstwa Kultury i Sztuki, laureat siedmiu Złotych Kaczek, nominowany do Oskara. O jego twórczości można o nim pisać obszerne tomiska, pełne analiz gier scenicznych. Marta Sztokfisz, odbiegła nieco od tej formuły, mniej skupiła się na pracy reżyserskiej, a bardziej na życiu osobistym, rodzinie i wspomnieniach. Dlatego, w jej biografii pt. Jerzy Hoffman, Gorące Serce, znajdziemy pikantne szczegóły dotyczące życia, pracy i charakteru, człowieka, który przez kinowy ekran edukował nie jednego rodaka.
Marta Sztokfisz, z zawodu dziennikarka, specjalizująca się w biografiach. Opisywała życie Marka Grechuty czy Edyty Klein. Jest również autorką cyklu scenariuszy filmów dokumentalnych. Gorące serce jest jej ostatnią książką. Powstała dzięki setkom rozmów, z ludźmi, którzy znają pana Jerzego najlepiej: zaprzyjaźnionymi aktorami, znajomymi z dawnych lat, ludźmi kultury i sztuki tj. Anna Dymna czy Daniel Olbrychski, a także samym reżyserem i jego trzecią żoną, Jagodą. Praca nad książką, zbiegła się z ekranizacją ostatniego filmu Hoffmana, Bitwa Warszawska, 1920. W rozmowie z PAP, Sztokfisz mówiła:
„Nie jest to publikacja poświęcona twórczemu dorobkowi Hoffmana. To opowieść o życiu wyjątkowego człowieka. Wszyscy znają filmy Jerzego Hoffmana, ale o jego życiu publiczność wie niewiele. Teraz ma okazję je poznać. Pośmiać się i wzruszyć".
Biografia jest pełna anegdot, refleksji i życia w trudnych czasach, syberyjskich mrozów czy peerelowskiej rzeczywistości. Sztokfisz przedstawia czytelnikowi, postać nietuzinkową i barwną. Jerzy Hoffman, to współczesny Sarmata lubiący dobrze jeść i jeszcze bardziej popić alkohol. Przy okazji romantyk, niejednokrotnie z nostalgią wspominający drugą żonę Rosjankę, Walentynę, której dedykował Ogniem i Mieczem. Szarmancki, kulturalny, w razie potrzeby potrafiący ustawić do pionu aktorów i przyjaciół. Typ dowódcy, jak mówiła o nim jedna z aktorek samiec Alfa. W wielu dykteryjkach, autorka przedstawia Hoffmana, jako leadera, który potrafił skupić wokół siebie ludzi. Od dziecka przywódca grupy, ale pełen dyscypliny, wychowany w rygorze przez ojca oficera. Jego charakter ukształtowany przez wojnę i lata spędzone na Syberii, kształtowały jego charakter. Lubiący imprezować, towarzyski, ale kiedy trzeba pracowity zdyscyplinowany perfekcjonista.
Człowiek idealny, przy którym bledną inne postacie? Podczas czytania biografii, pióra pani Marty można odnieść takie wrażenie. Autorka bezkrytycznie podchodzi do tematu, do tego stopnia, że negatywne cechy pana Jerzego, Sztokfisz przedstawia w pozytywnym świetle. Rozrzutność, niepotrzebne wydawanie pieniędzy…? Nie, polska gościnność, honor i gest, usprawiedliwia wydawanie pieniędzy na: bale, imprezy czy prezenty dla żony. Sam reżyser, mówił, że Charlie Chaplin nie miał powodzenia u kobiet, bo był skąpy. W ten oto sposób tłumaczona jest większość zachowań, które u innych byłby uznane za złe czy niejednoznaczne, w książce przedstawione są, jako śmieszne anegdoty, a czasem nawet zalety albo zasługi. Pan Hoffman pije, ale się nie upija, jeśli krzyczy to tylko w słusznej sprawie, a prośby żony w stylu: Nie wpieprzaj tego wieprza to nie przejaw obżarstwa czy łakomstwa, ale sarmackość i staropolskie zasady przeniesione do dwudziestego pierwszego wieku. W opisywaniu życia i twórczości wielkich ludzi nie chodzi o wyciąganie przysłowiowych: brudów czy szarganie opinii twórcy polskiej kinematografii. Jednakże, niektóre anegdoty czy dykteryjki miały być śmieszne, a wyszły na sztuczne i przesłodzone. Biografia, to nie hagiografia, nie może idealizować, a tymczasem czytelnik ma wrażenie, że czyta o krystalicznym człowieku, niemal mitologicznym herosie, który na wszystko potrafi znaleźć złoty środek.
Ni mniej, ni więcej, po mimo kilku mankamentów książka jest interesująca. Lekki barwny język powoduje, że trudno się od niej oderwać. Bardziej wrażliwych czytelników mogą denerwować przekleństwa, średnio, na co drugiej stronie. Rekompensuje to szata graficzna, fotosy z planu filmowego i momenty, które potrafią rozbawić do łez.
Czytałam już lepsze, bardziej obiektywne i dopracowane biografie. Z twórczością Marty Sztokfisz spotkałam się pierwszy raz. Dowiedziałam się wiele, nie tylko o życiu pana Hoffmana, ale o polskim kinie, aktorach i pracy reżysera. Przez palce brałam, niektóre wyidealizowane historie, ale ze szczerym zainteresowaniem czytałam o burzliwym życiu pana Hoffmana, zsyłce na Syberię, kolorowaniu peerelowskiej rzeczywistości, czy miłości do żon i córek. Pan Hoffman ma dystans do siebie i do swojej pracy, co najlepiej ujął w słowach:
Kiedyś reżyserowie pili w 4d, dziś kręcą filmy w 3D

Książka warta uwagi i godna przeczytania. Po mimo kilu niedociągnięć zainteresuje niemal każdego. My Polacy, często nie doceniamy, a co gorsza często nie znamy twórców rodzimej kultury. Dlatego książka Sztokfisz powinna być obowiązkową lekturą, dla każdego widza Potopu czy Pana Wołodyjowskiego
Za możliwość przeczytania egzemplarza recenzecnckiego serdecznie dziękuję:




Efekty mojej współpracy recenzenckiej, sprawdzę jeszcze raz przecinki i posyłam do wydawnictwa :)

sobota, 17 sierpnia 2013

Co by było gdyby... czyli o podróżach do światów, których nie ma.

Przeczytam chyba wszystkie książki w moim domu, powieści znajomych i dwie biblioteki publiczne, zanim skończę Dziennik Mistrza i Małgorzaty. Mam nadzieję, że następna notka będzie o mistrzu Bułhakowie. Tymczasem dzisiaj zajmę się kolejną mistrzowską książką.
Z serią o polskich nastolatkach: Felixie, Niecie i Nice, zetknęłam się w szóstej klasie szkoły podstawowej albo pierwszej gimnazjum. Nie pamiętam, ale za to dobrze wiem, że niezmiernie mi się podobała. Przeczytałam cztery części, a później usłyszałam że jestem za stara na takie lektury. Minęło kilka lat, książki stały u mojej znajomej na półce. Czasem z malutką nostalgią wspominałam tą serię, do czasu gdy nie obejrzałam tej recenzji.
Wtedy stwierdziłam trudno, mówcie co chcecie. Pożyczyłam książkę od znajomej (która kupowała je po mimo tego, że jest w moim wieku)... Świat zero, część pierwsza.
Rafał Kosik, polski pisarz. Znany chyba przez większość blogowych recenzentów. Twórca wydawnictwa powergraph, grafik i pisarz przede wszystkim. Zadebiutował w 2003r. powieścią dla dorosłych Mars. Popularności przysporzyła mu wydana rok później książka Felix, Net i Nika oraz gang niewidzialnych ludzi, która otwiera serię o polskich nastolatkach, napisana dla polskich nastolatków.
Felix, Net i Nika uczą się w gimnazjum. Mają IQ większe od przeciętnego, popularnego gimbusa. Felix jest konstruktorem, Net informatykiem, a Nika ma pewne paranormalne zdolności (kobieca intuicja). W każdym tomie przeżywają najróżniejsze przygody, o których my zwykli czytelnicy możemy tylko pomarzyć.
Felix, Net i Nika oraz Świat Zero - Rafał KosikW powieści Świat Zero, Rafał Kosik próbuje edukować zwykłego, potencjalnego gimbusa. Wymyśla teorię światów równoległych.Na czym ona polega? Starzy czytelnicy zapewne wiedzą, ale gwoli wyjaśnienia. W naszym świecie (tym zerowym) podejmujemy jakąś decyzję np. idziemy na studia, ale w alternatywnej rzeczywistości wygrywamy milion dolarów i jedziemy na Karaliby. Jako, że Kosik zajmuje się fantastyką, jego bohaterowie zaczynają podróżować do owych światów. W końcu ta podróż wymyka się spod kontroli, ale po kolei.
Tata Felixa pracuje w instytucie badawczym, w którym znajduje się niezbadany pierścień- taka brama do światów alternatywnych. Oczywiście trzeba przez nią przejść i znajdujemy się w innym świecie. Tylko że istnieje jeden problem. Każda zmiana światów, oddala nas od świata w którym realnie żyjemy, czyli Świata Zero. Jednym słowem bohaterowie zaczynają gubić się w alternatywnych rzeczywistościach, oddalając się coraz bardziej od swojej.
Jakiś bełkot rodem ze science fiction. Właśnie, że nie. Napisałam że Kosik sprytnie edukuje młodego czytelnika. Bohaterowie, najpierw przenoszę się do światów im bliskich, które mają tylko drobne zmiany np. Felix ma inną dziewczynę niż w Świecie Zero. To nie wszystko, akcja rozkręca się gdy przenoszą się sto lat w przyszłość, do Orwellowskiej dystopii, zalani reklamami, komercją i wielkim bratem w postaci kamer, który śledzi każdy ich ruch. Są zmuszeni do stania się żywą reklamą ubrań, które noszą, a szkoła staje się jednym wielkim banerem reklamowym oranżady. Sprytna krytyka kapitalizmu. Bohaterowie uciekają z tego świata, w niewiele lepszy- komunistyczna Polska-PRL. Młody czytelnik dowie się kim był Pinochet, kiedy był stan wojenny i jak wyglądało życie jeszcze trzydzieści lat temu. Nieco starszy czytelnik zauważy, że autor zręcznie zmiesza z błotem Kiszczaka i Jaruzelskiego. Co więcej, pan Kosik chyba nie jest sympatykiem SLD (wtrącenie o panu Millerze, przy którym nieźle się uśmiałam). Jak łatwo się domyślić naszym bohaterom, również się tam nie podoba. Dlatego idą dalej... czwarty rozbiór Polski. Pakt Ribbentrop- Mołotow.... Nie odbiorę głosu Panu Kosikowi. Przeczytajcie sami bez względu na to czy macie naście czy dziesiąt lat:) A ja po napisaniu notki spotkam się z moją znajomą i zamiast przeczytania powiem Wiszę Ci piwo za książkę ale pożycz mi drugą część:)
Warstwa stylistyczna pozostawia do życzenia. Język jak dla gimbazy, żadnych wzniosłych opisów. Ani grama poetyki... Oj chyba się zagalopowałam, to  nie Proust, tylko książka dla młodzieży, z dość dużą warstwą edukacyjną. Warto pominąć wszystkie wstawki w stylu ''ja pierdykam'' (ulubione powiedzenie jednego z bohaterów) i nie skupiać się na niezwykle poważnych problemach każdego gimnazjalisty. Pomysł na książkę, ba na całą serię idealny. Fabuła jak w dobrym filmie sensacyjnym... czego chcieć więcej ? Większość książek dla młodzieży to raczej dno i wodorosty, a tutaj mamy błękitną lagunę i rafę koralową przez ponad 400 stron :)
PS. Pewnie już czytaliście, ale nie każdy musi znać portal LubimyCzytać.pl, Wywiad z autorem
Autor: Rafał Kosik
Tytuł: Felix, Net i Nika oraz Świat Zero
Wydawnictwo: Powergraph, Warszawa 2011
Liczba stron:468( ach, będę złośliwa i przyczepię się warstwy językowej)
Oprawa: twarda
Ocena:4/6
Za możliwość przeczytania dziękuję:





niedziela, 28 lipca 2013

Kochamy jedynie, to czego nie posiadamy całkowicie.

Strona Guermantes - Marcel ProustCzas odnaleziony - Marcel ProustNareszcie przeczytałam ten drugi tom, dla tych co czytają moje poprzednie wpisy, wszystko jest już jasne. Mianowicie przeczytałam W cieniu zakwitających dziewcząt autorstwa Marcela Prousta. Przy okazji poznałam kilka nowych słów np. reminiscencja, zapoznałam się lepiej z twórczością Francuzów ( do niedawna znałam tylko Zolę i Exupery'ego) i uświadomiłam sobie że muszę przeczytać cały cykl W poszukiwaniu straconego czasu, o października (czyli jakieś pięć tomów). Tyle ze wstępu, czas przejść do konkretów.
W stronę Swanna - Marcel ProustW cieniu zakwitających dziewcząt - Marcel ProustNie ma Albertyny - Marcel ProustCzy często zdarza Wam się, że jakieś zdarzenie lub zwykła czynność, powoduje, że na myśl przychodzą Wam różne wspomnienia. Dokładnie tak miał bohater Straconego czasu Proust, kiedy zajadał się magdalenki (takie ciastka) i popijał herbatą. To z pozoru błahe wydarzenie spowodowało u niego lawinę wspomnień. I tak powstał siedmiutomowym cykl opisujący życie pewnego francuskiego dworu na przełomie XIX i XX wieku, a przede wszystkim pewnego młodzieńca, wrażliwego na sztukę i kobiece wdzięki. Łatwo się domyślić, że owym tajemniczym młodzieńcem jest sam autor, który komentuje wydarzenia z perspektywy kilkudziesięciu lat. Jak to bywa w klasykach literackich wszech czasów, główny bohater dochodzi do filozoficznych, niemal na miarę epoki, w której żyje. Autor kreując główną postać ( a może siebie sprzed lat) chciał pokazać pozornie upływający czas, który po latach można odnaleźć i nadać mu zupełnie inne znaczenie. Prawda? Często zdarza nam się patrzeć na jakieś zdarzenia z perspektywy czasu, upływu dni, miesięcy, lat. Wtedy wydają się one zupełnie inne, na nowo na nie patrzymy i inaczej rozumiemy różne znaczenia. Przez siedem tomów, autor próbuje nam wyjaśnić tę z pozoru oczywistą prawdę. Smaczku lekturze dodaje sama kreacja bohatera. Wielu wrażliwych czytelników, może w nim dostrzec cechy które sami posiadają min.: wrażliwość na sztukę,dla której warto przebrnąć pięćdziesiąt stron opisu obrazu Rembrandta, no i oczywiście permanentną kochliwość. Książka, powiedzielibyśmy dzisiaj typowo obyczajowe, znajdziemy w niej przekrój dziewiętnastowiecznej arystokracji, dla której brakowało miejsca w nadchodzącym wieku. Wspomnienia dzieciństwa i młodości, a przede wszystkim wspomnienie epoki, która odchodziła do historii. Czego chcieć więcej ?
Magdalenka:) 
Sodoma i Gomora - Marcel ProustNiestety nie może być rak cukierkowo. Do stylu Prousta trzeba się przyzwyczaić, bo nie łatwo jego dzieła. Monumentalne opisy, znikome dialogi i niektóre przemyślenia autora mogą utrudnić czytanie. Ni mniej ni więcej warto, bo gdy już przebrniemy przez nudnawe opisy, przekonamy się że mało który autor tak pięknie pisze o miłości. 
Dla przypomnienia, W poszukiwaniu straconego czasu składa się z: W stronę Swanna, W cieniu zakwitających dziewcząt, Strona Guermantes, Uwięziona, Nie ma Albertyny, Czas odnaleziony.

wtorek, 23 lipca 2013

Magia starych filmów.

W sumie mogłabym napisać baaardzo starych filmów, starszych od mojej babci. Mianowicie chciałabym zrecenzować film pt. Duck Soup czyli Kacza Zupa. Film znowu z polecenia przyjaciela, znowu się nie zawiodłam, aczkolwiek po jego obejrzeniu zaczęłam wątpić w poziom swojej inteligencji. 
Film, jest krótki, zawiera się zaledwie w 70 minutach. Ostatnio, jak widać po moim blogu mam trochę mało czasu, na recenzowanie wszystkiego co qlturalne. Kacza Zupa to komedia satyryczna, w której wystąpiła grupa aktorów o pseudonimie bracia Marx. Pewnie nie znacie tej grupy. Magia kina przedwojennego, bowiem film pochodzi z 1933:) Jak głosi wikipedia.org film znajduje się na 85 miejscu w rankingu filmów AFI. Owy ranking opiera się na głosach 1500 aktorów i znawców kina. Została opublikowana w 1998r. z okazji stulecia kinematografii. Wracając do naszej zupy... Czterech bohaterów, o dziwnych imionach, zabiera nas do jeszcze dziwniejszego państwa o nazwie Freedonia, która boryka się z dzisiejszymi problemami, takimi jak kryzys gospodarczy i społeczny. Państwo może uratować zastrzyk gotówki od starszej pani Teasdale, której spadek po mężu, przekracza wielokrotnie budżet zadłużonego państwa. Staromodna kobieta, oczarowana wdziękiem Rufusa, jednego z mieszkańców Freedoni, udzieli pożyczki pod warunkiem że ten zostanie prezydentem. Niestety jak to z władzą bywa, często dochodzą do niej idioci. W myśl zasady Kto błądzi ten rządzi, Rufus nadużywa władzy, szasta pieniędzmi i wypowiada wojnę sąsiedniemu państwu Sylvani (hm.... skąd my to znamy, czyżby rządy PiS-u, ach wybaczcie mi polityczne smaczki). Ni mniej ni więcej film wyśmiewa dyktaturę i to w jaki sposób dochodzi się do władzy oraz to co robi się z władzą nieograniczoną. Absurd, ironia i groteska sprawia że film ogląda się naprawdę przyjemnie. Poza tym komizm sytuacyjny i słowny jest niepowtarzalny. Nie spotkamy go w dzisiejszym polskim czy amerykańskim filmie. Kolejna sentymentalna podróż do przeszłości. Niestety, mam mały problem z filmami klasycznymi. Chyba przesiąkłam już dziewiętnastoletnim życiem w popkulturze, dlatego na niektórych sytuacjach musiałam się skupić aby je zrozumieć (jak dobrze że film można przewinąć). Niestety zauważyłam kilka mankamentów ekranizacji. Część scen, szczególnie tych z udziałem mima Harpo, tworzona jest w myśl zasady: rób wszystko co jest bezsensowne. Niby sentymentalne, takie trochę w stylu Chapilna, ale z drugiej strony nieco toporne i banalne. A jeśli już o Chaplinie mowa, film ośmiesza dyktatury, tak samo jak bardziej znana ekranizacja pt. Dyktator, tyle że recenzowana przeze mnie pozycja, powstała siedem lat wcześniej. 
Film świetny, zważywszy na realia i możliwości techniczne, w jakim powstał. Obawiałam się, że klasyk mnie zawiedzie. Nie zawiódł, a co więcej, kiedyś do niego wrócę.
Mam trochę zaległości w czytaniu, ponieważ szukam straconego czasu. I jestem dopiero w drugim tomie, ach ten Proust.
Scenariusz: Bert Kalmar, Harry Ruby
Reżyseria:Leo McCarey 
Rodzaj: komedia, satyra, muzyczny
Premiera: 17.11.1933
Ocena: 4/6

środa, 3 lipca 2013

God is dead?

   Witam moich drogich czytelników. Wczoraj były dziewięćdziesiąte urodziny Wisławy Szymborskiej. W najbliższym czasie napiszę o niej słów kilka. Mam zamiar też zrecenzować jedną książkę o II WŚ, kto śledzi rubrykę ''To co czytam'' lub ''Przeczytałam i polecam '' będzie wiedział o co chodzi. W związku z tym dzisiaj zajmiemy się czymś lekkim. Lekkim to stwierdzenie na wyrost bo heavy metalowy zespół raczej do tego gatunku nie należy. W związku z tym, że nic muzycznego dawno nie recenzowałam więc czas na Black Sabbath. Zapewne po tytule wielu z Was spodziewało się jakiegoś rozważania na temat istoty Boga lub jego braku ( to takie w moim stylu). Spokojnie, przeczytam tylko Boga urojonego i dowiem się czegoś jeszcze o najnowszej powieści Dana Browna pt. Inferno, to jeszcze Was tym zamęczę:)
http://userserve-ak.last.fm/serve/_/249929/Ozzy+Osbourne+The+Ozzman.jpg    Jak na razie skupmy się na najnowszej płycie Ozziego i jego kumpli z Birmingham. Na początku tradycyjnie napiszę kilka słów o kapeli. Czarny Sabat powstał w 1968r. ( mają tyle lat ile mój tata). Jak to zwykle bywa skrzyknęło się czterech nastolatków i coś z tego wyszło. Czy tym inspirują się, powstające jak grzyby po deszczu, młodzieżowe kapele? Nie mniej Ozziemu, Tonyemu, Billowi i Greezerowi (zapewne źle odmieniam ich pseudonimy) się udało. Nagrali od 1970 chyba ze dwadzieścia płyt. Od razu przyznaję się bez bicia nie słuchałam wszystkich. Po każdej piosence Black Sabbath muszę nieco odpocząć i przemyśleć to co przesłuchałam. No a jest co. Nie będę wiele pisać, oto tłumaczenie tytułowej piosenki


Zagubiony w ciemnościach
Odpływam od światła
Wiara mojego ojca, mojego brata, mojego stwórcy i zbawiciela
Pomaga mi przetrwać noc
Krew na moim sumieniu
Morderstwo w myślach
W mroku powstaję z grobu, wprost w nadchodzącą zagładę
Teraz moje ciało jest moją świątynią

Krew płynie niepowstrzymanie
Deszcz staje się czerwony
Daj mi wina
Ty zatrzymaj chleb
Głosy dźwięczą w mojej głowie
Czy Bóg naprawdę umarł?
Czy Bóg umarł?

Rzeki zła płyną przez umierającą krainę
Pływając w smutku, zabijają, kradną, biorą
Jutra nie będzie, grzesznicy będą potępieni
Z prochu w proch
Nie możesz ekshumować mojej duszy
Komu zaufasz, kiedy korupcja i pożądanie, wiara wszystkich niesprawiedliwych,
Pozostawi cię pustego i niepełnego?

Kiedy ten koszmar minie? Powiedz mi!
Kiedy zdołam opróżnić swoją głowę?
Czy ktoś mi w końcu odpowie?
Czy Bóg naprawdę umarł?

Aby obronić swoją filozofię
Aż do mojego ostatniego oddechu
Odchodzę od rzeczywistości
W żywą śmierć
Czuję empatię wobec wroga
Aż nadejdzie właściwy moment
Z Bogiem i Szatanem u mego boku
Ciemność stanie się światłem

Patrzę na deszcz
Jak czerwienieje
Daj mi więcej wina!
Nie potrzebuję chleba!
Zagadki które żyją w mojej głowie
Nie wierzę, ze Bóg umarł!
Bóg umarł!

Nie ma dokąd uciec
Nie ma gdzie się schować
Zastanawiam się, czy spotkamy się po drugiej stronie
Czy wierzysz w słowa, zapisane w dobrej księdze?
Czy może to tylko święta bajka, a Bóg nie żyje?
Bóg umarł!

Nadal głosy w mojej głowie mówią mi, że Bóg umarł
Krew się wylewa, deszcz czerwienieje,
Ja nie wierzę, że Bóg umarł!

 Za tłumaczenie dziękuję stronie tekstowo.pl

W takim tonie są utrzymane niemal wszystkie utwory.  Niby to samo ale ich najnowszy krążek 13 (dopiero teraz podałam tytuł) jest potwierdzeniem stwierdzenia, że Mężczyzna jest jak wino, im starsze tym lepsze. Zespół powrócił po osiemnastu latach przerwy. Spodziewałam się czegoś  w stylu reaktywowanego Dżemu (moim skromnym zdaniem teraz nie da się tego słuchać) płyta 13 pozytywnie mnie zaskoczyła. Po pierwsze, płyta ma zaledwie osiem utworów. Ale jakich ?! Każdy trwa średnio 7-8 minut więc jest czego słuchać. Co więcej, 13 to swoisty mix. Znajdziemy tam utwory spokojne, dla fanów rocka, jak choćby End of begining czy podkład do podcinania żył dla dziecka emo pt. Zeitgeist. Poza tym zagwarantowana odpowiednia dawka heavy metalu. Może momentami za długa, ale fani takiej muzyki będą zachwyceni.
  Pewnie to nie jest płyta, którą wszyscy się zachwycają. Nie jest to też muzyka tylko dla osób, które od stóp do głów ubrane są na czarno i chodzą w glanach. Ja nigdy tych butów nie miałam na sobie, lubię czarne rzeczy (z umiarem), ale nigdy nie identyfikowałam się z tą subkulturą. Słucham takiej muzyki w tle, zamiast komercyjnych stacji lub o zgrozo telewizji muzycznych. Lubie słuchać dobrej muzyki, a Black Sabbath do takiej należy, a płyta 13 tylko to potwierdza.

Tytuł: 13
Zespół: Black Sabbath
Rok wydania: 2013
Ocena: 4/6
  PS. Pisać tą czcionką czy wrócić do poprzedniej?

wtorek, 2 lipca 2013

''Trwa wielka sztuka, a ty możesz dopisać swój wers.''- czyli gdzie się podziali nauczyciele z dawnych lat?

Stowarzyszenie umarłych poetów - Nancy H. Kleinbaum   Po Noblistach, czas na dzieła Oscarowe. Dla ścisłości, po jakimś miesiącu czytania  znalazłam w bibliotece książkę autorstwa pani Nancy Kleinbaum. Jej książka Stowarzyszenie Umarłych Poetów, powstała w dziwnych okolicznościach. Jak dla mnie, bowiem najpierw powstał film, a później na podstawie scenariusza, książka. Mniejsza o to, fabuła jest taka sama więc zabieram się do recenzji. 
    Reżysera Petera  Weira, nie znałam wcześniej. No cóż, muszę oglądnąć Niepokonanych. Tymczasem o Stowarzyszeniu... W kilku słowach, akcja rozgrywa się w szkole. I to nie byle jakiej, bo w elitarnej Akademii Welton'a. Jej czterema naczelnymi zasadami są: tradycja, honor, dyscyplina, doskonałość. I tak przez sto lat, od 1859. W 1959 r. czterej przyjaciele: Neil Perry, Knox Overstreet, Gerard Pitty oraz Charlie Dalton rozpoczynają kolejny rok szkolny, mający przygotować ich do podjęcia studiów. Niby nic szczególnego. Skostniałą i anachroniczną szkołę ożywia niekonwencjonalny nauczyciel języka angielskiego, John Keating, który również ukończył elitarną akademię Welton'a. Od pierwszej lekcji profesor zaskakuje widza ekscentrycznym podejściem do swojej pracy, o czym świadczy choćby zwrot z wiersza o Abrahamie Lincolnie, O kapitanie mój kapitanie. Owym zwrotem uczniowie, jeśli oczywiście chcą mogą się zwracać do profesora. Co na celu ma taki zabieg? Keating pragnie by jego uczniowie stali się wolnomyślicielami i zrozumieli kwintesencję poezji, dlatego w programie nauczania ekscentryczny nauczyciel pominął choćby pozytywistów czy realistów (chciałabym tak). Nadto pragnie wpoić uczniom zasadę carpe diem. Siedemnastolatkowie, będący pod wpływem charyzmy Keating'a, odnawiają tytułowe Stowarzyszenie Umarłych Poetów.  Dlaczego odnawiają, a nie zakładają? Jeden z czwórki przyjaciół, bodajże Neil Perry, wypożyczył z szkolnej biblioteki kronikę pamiątkową, w której był krótki życiorys Keating'a. Z niego dowiadują się, że ich nauczyciel nie był wzorowym uczniem, sprawiał problemy wychowawcze, a jednym z nich była działalność w nielegalnym, tytułowym Stowarzyszeniu. Tak zaczyna się, zarówno film jak i powieść. Jak się zakończy ? Zapraszam do lektury lub przed ekrany.
Stowarzyszenie umarłych poetów - Nancy H. Kleinbaum
   Naprawdę warto. Dlaczego? Kleinbaum i Weir stawiają nam pytanie, co się stało z nauczycielami z powołaniem i pasją. Historia Stowarzyszenia... wywołuje w nas tęsknotę za autorytetami oraz indywidualizmem, który zatraca się w szarej rzeczywistości. Każdy z nas potrzebuje kogoś kto pozwala nam wykrzesać z siebie choć odrobinę indywidualizmu czy kreatywności.  Zapewne takim kimś był John Keating. Nauczyciel, o którym wielu z nas mogłoby tylko pomarzyć. Choć z drugiej strony, czy oczekujemy od szkoły by wpajała nam ideały, czy uczyła nas do mniej lub bardziej głupich egzaminów?
Stowarzyszenie umarłych poetów - Nancy H. Kleinbaum
   Haha, znalazłam sobie temat wprost idealny na wakacje. Ja i moja umiejętność dobierania tematów. Jednakże byłam pod tak ogromnym wrażeniem książki, że jeszcze tego samego dnia oglądałam film. Jednym tchem przeczytałam 120 stron, gdy zadzwoniła moja znajoma. Z bólem serca odłożyłam powieść, a raczej wpakowałam ją do torebki. Gdy wracałam do domu, miejscowy żul, dwie panie, które miały więcej tapety na twarzy niż ja na ścianie, oraz zmęczona życiem pani z dzieckiem, patrzyli na mnie jak na wariatkę, bo gdy kończyłam czytać miałam łzy w oczach, a płakanie w autobusie nad książką, jest co najmniej dziwne, dla przeciętnego zjadacza chleba. Mniejsza o to. W powieści Marqueza, narzekałam na niedostatek dialogów. Pani Kleinbaum zaserwowała mi ich aż nadto. Książka może nie jest dziełem literackim, ale chwyta za serce. Ekranizacja, na której bazie powstała, jest niezmiernie wciągająca. Po mimo tego że oglądałam ją o drugiej w nocy nie zasnęłam, a spokój jaki niesie ze sobą noc i własne łóżko, pozwoliły mi wyć do woli. Wiem, że za to co napisze mogę narazić się na krytykę książko-holików, ale film podobał mi się dużo bardziej.;)
Stowarzyszenie Umarłych Poetów   
 Książka
Autor: Nancy H.Kleinbaum                          
Wydawnictwo: Rebis, Poznań 2000            
Liczba stron: 154                                          
Ocena: 4/6                                                
Film:
Scenariusz:Tom Schulman
Reżyseria:Peter Weir
Rodzaj: dramat
Premiera:02.06.1989( świat) 07.10.1990(Polska)
Ocena :5/6

środa, 19 czerwca 2013

Feministyczna fantastyka z kontynentu kangurów.

Uczennica maga - Trudi Canavan     Witam :) Łędina, jedna z czytelniczek mojego bloga poprosiła mnie, abym wróciła do korzeni, czyli napisała coś w stylu Zwiadowców (o których był pierwszy post). Akurat dobrze się składa, bo wczoraj przeczytałam ośmiuset- stronnicową powieść autorstwa Trudi Canavan. Zapewne już wiecie o czym mowa.
       Autorka spektakularnej serii Trylogia Czarnego Maga, opatrzyła serię prequelem pt. Uczennica Maga. Miałam przeczytać tą książkę już w zeszłym roku, ale niestety musiała ustąpić miejsce lekturom szkolnym, dlatego zajęłam się  nią dopiero teraz. Z okładki dowiedziałam się, że pisarka jest Australijką. Nigdy nie czytałam dzieł pisarza, który pomieszkiwałby na tym kontynencie. Zadebiutowała w 1999r. opowiadaniem Szepty Dzieci i Mgły. Z zawodu jest projektantką i ilustratorką, dla pisma Aurealis, poświęconego fantastyce. Gdybyście byli na kontynencie kangurów, warto odwiedzić Melbourne. Może spotkamy tam panią Canavan, bo mieszka tam wraz ze swoim partnerem. Obok Trylogii światową sławę przyniosła jej seria Era Pięciorga. Obecnie, autorka pracuję nad trylogią Millennium's Rule, jej pierwszy tom ukaże się w 2014r. No cóż, jeszcze trochę sobie poczekamy.
Trudi Canavan       Tytułową uczennicą, jest szesnastoletnia Tessia. Poznajemy ją jako początkującą uzdrowicielkę, która pomaga swojemu ojcu leczyć wieśniaków. W tym momencie trafiamy na wątek nieco feministyczny Dziewczyna bardzo chciała iść w ślady ojca, ale szczytem kariery, jaki mogła osiągnąć kobieta, była praca akuszerki. Do tego iście średniowieczne podejście matki bohaterki, które sprowadza się do słów. Wyjdź jak najszybciej za mąż.  Pewnego dnia wybiera się w towarzystwie ojca do rezydencji maga Dakona, uleczyć miejscowego niewolnika. Tam zostaje zmuszona bronić się przed atakiem maga, który sypiałby ze wszystkim co się rusza (już wiem dlaczego ta książka nie jest w dziale dla dzieci, tylko dla dorosłych). W ten sposób ujawniają się jej magiczne zdolności i dziewczyna zaczyna karierę  jako ...  Magiczka (brzmi tak dobrze jak polityczka albo ministerka ). Co powszechne dla tego rodzaju literatury Tessia ma ponadprzeciętne zdolności, a okres jej nauki przypada na czas wojny. W tym czasie ma okazję się wykazać zarówno umiejętnościami przypisanymi Magom jak i uzdrawianiem wojowników, rannych podczas starć dwóch rywalizujących ze sobą krain (prawie jak Czerwony Krzyż). Jak zakończy się wojna i jak potoczy się życie Tessi, dowiemy się czytając Uczennicę Maga.
  Wystarczy tylko  przebrnąć przez osiemset stron powieści. Zadanie ułatwia to, że na każdej stronie coś się dzieje. Przypomina trochę Harr'ego Pottera, przeczytasz 300 stron a wydaje ci się jakbyś przeczytał pięćdziesiąt. Canavan próbuje tworzyć świat na miarę tolkienowskiego Śródziemia. Po mimo wielowątkowej fabuły i misternie stworzonego świata, wiele jej brakuje, bo mistrza Tolkiena ciężko jest doścignąć. Na szczęście, zaczęłam czytać twórczość tej autorki w dobrym czasie. Są wakacje, a to idealny czas na niewymagające książki, które pozwolą przenieść się do zupełnie innego świata. Właśnie to lubię w fantastyce. Prezentuje zupełnie powszechne problemy, przeniesione na grunt magii, czarnoksiężników i dziwnych stworzeń. Dlatego gdy ktoś mówi mi że fantastyka nie jest życiowa, z reguły wybucham śmiechem. Ile kobiet musiało się nasłuchać że chce wykonywać zawód zupełnie nie kobiecy (np. nie zostawać pilotem albo żołnierzem bo jest kobietona ą) i powinna się jak najszybciej ustatkować ( czytaj rodzić dzieci, bo jest niż demograficzny i jest to dobra inwestycja, bo nigdy nie wiadomo jak to z tymi emeryturami). 
 Nie wiedziałam, że mam taki bajer przy komentarzach, jak obrazki które musisz przepisać, jeśli chcesz wypowiedzieć na moim blogu. Chyba to usunęłam, ale dajcie mi znać bo jako bardzo początkująca blogerka nie znam się na wyższych technologiach blogowania :)
 

sobota, 15 czerwca 2013

Kac, nie tylko w Vegas.

  Każdy z nas zna to uczucie. Alkohol, dobra zabawa i... poranek. Gdzie byłem,co robiłem i gdzie podziała się butelka z wodą? W wersji light zastanawiamy się dlaczego wokół nas jest taki bałagan i co stało się z ostatnią flaszka wina lub wódki (kwestia gustu). W wersji hard, w pokoju obok znajdujemy tygrysa. O czym mowa ? Kac Vegas i wszystko jasne. 
  Czterech przyjaciół chce spędzić wieczór kawalerski. Dlatego jadą do Las Vegas, miasta które nie śpi. Po szaleństwach ostatniej kawalerskiej nocy trzech przyjaciół Phil, Stu i Alan budzą się z ogromnym, niemiłosiernym kacem... Co więcej- pan Młody Doug gdzieś znika. Ślub coraz bliżej, a pana młodego brak. To nie wszystko Stu, czyli średnio-ogarnięty dentysta poślubił striptizerkę, a Phil na jedną noc stał się gejem. W tle dominuje zdemolowany pokój, płacz dziecka, tygrys w pokoju obok, no a wszyscy czterej są ścigani przez Chińczyka- lichwiarza. Pamiętajcie, wszystko zostaje w Vegas :)
    Mogłoby się wydawać, że już więcej nic nie może się zdarzyć. Po sukcesie kasowym pierwszej części, Todd Phillips nie mógłby zmarnować takiej szansy. Druga część przenosi nas do... Bangkoku. Wszystko co zostało w Vegas zostało przeniesione na drugi kraniec świata. Oczywiście zmieniło się kilka, a nawet kilkanaście rzeczy. Średnio ogarnięty dentysta Stu, zaczął się ogarniać. Rozwiódł się ze striptizerką i żeni się z piękną Tajką Lauren. takie wydarzenie trzeba uczcić suto zakrapianym wieczorem kawalerskim. Nasi starzy bohaterowie sami nie wiedzą czego oczekiwać od ostatniej kawalerskiej nocy. Stu nie chce szaleństw, Phil najchętniej wynająłby cały dom publiczny na ten jedyny i niepowtarzalny wieczór, a Alan- jest Alanem. W końcu przyjaciele poprzestają na piwie. Jak się to skończy? Ciąg dalszych zdarzeń bardzo łatwo przewidzieć...
    Jak w brazylijskiej telenoweli. Myślisz, że to już koniec, ale fabuła ciągnie się dalej. Reżyser jednak nas zaskakuje . Nie ma wesela, ani wieczoru kawalerskiego. Alan zapada w depresję i trzech dobrych przyjaciół próbuje mu pomóc. Niestety dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane mawiał klasyk. W tym wypadku ta teoria się sprawdza. Sprawy toczą się zupełnie innym torem niż było to przewidziane. Trzech przyjaciół szuka zagadkowego Chińczyka,  biseksualistę lubiącego kokainę , o imieniu Chow gdy misja im się  nie powiedzie czwarty przyjaciel Doug zginie.
  Można mówić, że to  kretyńska komedia, której dalsze części są tworzone tylko i wyłącznie ze względów marketingowych. Może jest w tym trochę racji. Jednakże, sama wychodzę z założenia, że nie można tylko oglądać filmów i czytać książek, które są górnolotne i bardzo inteligentne. Czasem mamy ochotę obejrzeć coś głupiego. Pośmiać się i odstresować przy piwie wraz ze znajomymi. Dlatego powstał Kac Vegas. Sam reżyser miał doświadczenie w tworzeniu komedii przy których zapominasz że masz mózg. "Ostra jazda" czy "Old School: Niezaliczona"  to tylko niektóre z nich. Co charakterystyczne dla takich produkcji. Pierwsza część jest niezapomniana. Przy reszcie się śmiejesz ale pozostaje drobny niedosyt. Ni mniej ni więcej Kac Vegas to rozweselający drink, który pozwala zapomnieć o problemach. Współczesne katharsis ? 
Nasi bohaterowie
Ed Helms, Zach Galifianakis, Bradely Cooper i Todd Philips 









*Alan Garner (Zach Galifanakis)
*Stu Price (Ed Helms)
*Doug Billings (Justin Bartha)
* Phil Wenneck (Bradley Cooper)




piątek, 14 czerwca 2013

Zjadanie paznokci z doktorem Lecter'em



Milczenie owiec - Thomas Harris
 Miałam dodać recenzję jeszcze wczoraj, ale byłam w kinie. Wróciłam do domu, dotaszczyłam się do łóżka i spałam do teraz. Oglądałam Kac Vegas III, więc w najbliższym czasie postaram się dodać recenzję i z tego filmu. Jak na razie skupmy się jednak na Thomas'ie Harris'ie i jego najsłynniejszej powieści pt. ''Milczenie Owiec''. Większość ludzi kojarzy ten tytuł z filmu w reżyserii Jonathan'a Demme, który zrobił kawał dobrej roboty. Świadczy o tym pięć Oscarów i siedem nominacji do nich. Jednak ja jestem tradycjonalistką i dużo bardziej podobała mi się książka.
  Harris, dziennikarz z zawodu, miał już wyrobioną renomę wydając ''The silent of the lambs''. ''Czarna Niedziela'' czy ''Czerwony Smok'' to pozycje które przyniosły mu popularność na amerykańskim rynku. ''Milczenie owiec'' sprawiło, że o autorze zrobiło się bardzo głośno, szczególnie na starym kontynencie. Bohaterką jest młoda, początkująca policjantka Clarice Starling, która próbuje rozwiązać zagadkę seryjnego zabójcy o zabawnym pseudonimie Buffalo Bill. Co ciekawe w pracy pomaga jej inny, słynny seryjny zabójca- kanibal, doktor psychiatrii Hanibal Lecter, bohater poprzednich powieści Harrisa. Przez trzysta stron autor wprowadza nas w zakamarki zbrodni. Tworzy skomplikowaną fabułę, która nie pozwala przewidzieć, kto  jest słynnym Buffalo Billem. Jak w niemal  każdym amerykańskim thrillerze, w sprawę zamieszane są władze, jak choćby pani senator, której córka Catherine Martin zostaje porwana. Książka pokazuje pracę amerykańskiej policji, jej ciemne i jasne strony. Oczywiście, najbardziej wyrazista postać, doctor Lecter nie pozwala o sobie zapomnieć. Kryminał wzbogacony nietuzinkową postacią doktora psychiatrii, który przeszedł na drugą stronę.

 Musze uważać, by nie zdradzić zakończenia ani kluczowych momentów fabuły, bo zapewne nie każdy miał okazję spotkać się z ''Milczeniem owiec'' w wersji książkowej albo filmowej. Moim zdaniem jeśli tego nie zrobiliście wcześniej, to zachęcam do jej przeczytania a później obejrzenia. Dokładnie w tej kolejności ;) Sama od wielu lat czytuję różne thrillery czy kryminały. Wychowałam się na Agath'cie Christin'e i włamywałam się do biblioteczki mojej cioci w poszukiwaniu czegoś ciekawego do czytania, bo ile można zajmować się mniej lub bardziej inteligentną literaturą dla nastolatek. Czy powieść zachwyca? To może przesadzone stwierdzenie, nie mniej nie więcej warto poświęcić jej trochę czasu. Choćby dla poznania postaci doktora Lecter'a. 

  W związku z tym, że powieść została wydana w 1988 r. bierze ona udział w konkursie ''Książki wydane przed 1990'' organizowany przez Katarzynę K na blogu http://skrytkaslow.blogspot.com
Gdy już przeczytacie Milczenie Owiec, zachęcam do obejrzenia ekranizacji. A oto jej zwiastun, film został zekranizowany w 1991 r. więc jakość jest raczej kiepska, ale rekompensuje to fabuła :)


poniedziałek, 10 czerwca 2013

Początki pisania ze ''Zwiadowcami'' w tle.

Tak wiem, że początki zawsze bywają trudne....

      Nigdy wcześniej nie pisałam bloga. Często piszę jakieś recenzje czy własne teksty. Zazwyczaj tylko do szuflady. Korzystając z tego, że blog daje pewną dozę anonimowości, mogę puścić wodze fantazji i od czasu do czasu dodać parę zdań, na temat tego co przeczytałam, obejrzałam czy zasłyszałam.
     Tak jak na początku wspomniałam będę zamieszczać to co napisałam, zazwyczaj są to przemyślenia na temat przeczytanej książki, obejrzanego filmu czy ostatnich wydarzeń z wielkiego świata kultury i polityki. Od kiedy pamiętam takie wszystko i nic było moim spektrum zainteresowań. Kochała fantastykę i poezję, ale jednocześnie interesowałam się polityką i historią. Gdy spotykam się z moimi przyjaciółmi oglądamy mniej luba bardziej mądre filmy albo dyskutujemy na temat nowej płyty Kazika ;)  Jednak dosyć gadania, czas zacząć                                                                                                                                                 

Zwiadowcy. Ruiny Gorlanu - John Flanagan      Fantastyka to moja pasja. Dlatego swoją przygodę z blogowaniem zacznę od powieści ''Ruiny Gorlanu", pióra Johna Flangan'a, autora siedmiotomowego cyklu "Zwiadowcy" Swoim starym zwyczajem, obok książek powszechnie uważanych za mądre staram się czytać te, powszechnie uważane za lżejsze. Dlatego sięgnęłam po serię pt "Zwiadowcy". Jej pierwsza część  nie jest klasyczną powieścią fantasy, bo jak głosi jedna z okładkowych recenzji, nie znajdziemy w niej magii ani smoków. Po mimo to, każdy fan fantastyki powinien przeczytać tę pozycję. Niech nie zmyli Was fakt, że jest to powieść dla młodzieży. Owszem, każdy ogarnięty dwunastolatek zorientuje się co i jak, ale nie zmienia to faktu że ogarnięty dwudziestolatek też powinien po nią sięgnąć.
    Książka porusza ponadczasowe problemy. To prosty slogan ale jest w nim dużo prawdy. Czytając kolejne strony możemy poczuć smak przygody. Nawet nie zauważymy kiedy minie jedna, druga, czwarta godzina i książka skończona. Idealne rozwiązanie na niedzielne popołudnie. Nie zależnie od tego czy mamy trzynaście czy trzydzieści lat. Zapewne sięgnę po następną cześć cyklu, o tajemniczym tytule "Płonący most". Czy było warto poświęcić jej czas, napiszę w którymś poście. Tymczasem zachęcam do spaceru, do najbliższej biblioteki. Warto ;)